Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

DOBRANOCKA
DOBRANOCKA
DOBRANOCKA
Po prawej stronie ge...
DOBRANOCKA
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Katarzyna Szota
Katarzyna Szota - Eksner:. Prowadzi szkołę jogi Yogasana, ściśle
współpracuje z Sunday is Monday i współtworzy gliwicki Klub Książki
Kobiecej. Prowadzi autorską rubrykę Be Woman w Magazynie Be. Jak Polska
długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w
sobie.
Spisuje herstorie kobiet z sąsiedztwa. Dziewczyna ze Śląska, joginka,
wegetarianka, felietonistka i feministka.


TWÓRCZOŚĆ:



HERSTORIA* PANI MONIKI

*(herstoria dosłownie jej opowieść, neologizm stworzony na podstawie gry językowej his-story, od ponad dwudziestu lat słowo herstory funkcjonuje jako rozpoznawalna już formuła żargonu naukowego i języka popularnego…)



Moja babcia mieszkała przy wiejskiej drodze w małym domku przyklejonym do kuźni i zabudowań gospodarczych. Mój dziadek umarł dużo wcześniej, był kowalem. Ten dom to były w zasadzie trzy pomieszczenia – sień, izba z piecem i łóżkiem przykrytym wielką pierzyną i drugi pokój, taki bardziej gościnny, z reprodukcją obrazu, którego jako dziecko bardzo się bałam. W pierwszym pomieszczeniu na ścianach wisiały makatki z napisami – Kto rano wstaje temu pan Bóg daje i Bez pracy nie ma kołaczy. Pamiętam, że kiedyś pociągnęłam za niebieską nitkę i delikatnie nadprułam literkę b. Na szczęście nikt nie zauważył. Byłam małą dziewczynką, kiedy umarła babcia. Nie wiem co się stało z tymi wszystkimi zgromadzonymi przedmiotami – drewnianymi łyżkami, makatkami, dziwnymi narzędziami, które nie-wiem-do-czego-służyły i z piecem z ringami, którymi regulowało się ogień ani nawet z reprodukcją obrazu, który budził mój lęk. Podobno dom babci po jakimś czasie rozebrano, wtedy zupełnie mnie to nie interesowało – byłam odurzona swoją młodością i patrzyłam tylko przed siebie.
….
Pani Monika:
– A ja to nie chcę mieć telefonu komórkowego. Jestem uparta, ten chce coś ode mnie, tamten też, nie chcę być przywiązana, naokoło te telefony ciągle migają i dzwonią. To strasznie wiąże – pani Monika Organiściok, twórczyni Izby łod Starki w Chudowie, finalistka konkursu „Po naszemu czyli po Śląsku” śmieje się głośno, a język, którym opowiada swoją historię jest mi bardzo znajomy chociaż nie wszystko rozumiem.
– Bo jak ludzie zaczęli wyciepować stare rzeczy, to pomyślałam, że szkoda… – tak zaczyna swoją opowieść.
– Wychowałam się u naszej stareczki, która żyła 91 lat, ogromnie mądry i dobry człowiek to był. W 2004 zaczęłam prowadzić Izbę. Na pamiątkę.
– Ja tym przecież żyję! Przychodzę rano i tak jakbym z tą moją stareczką zaś rozmawiała – pani Monika zamyśla się.
Starka (czyli babcia, dopiero za Niemca zaczęto używać słowa oma) urodziła się 1879 roku, zmarła w 1970.
– Pięć pokoleń żyło w chałupie starki – pani Monika wymienia po kolei (a ja myślę sobie jak krótko sięga moja pamięć rodzinna, babcia, prababcia i…?)
– My tak bardzo są do kupy, ciągniemy ku siebie. Kiedyś tak było, że starka albo matka scalały. A ojcom gadało się za dwoje – wy pójdźcie, wy zróbcie. Tak dla szacunku.
Przy drzwiach do Izby wisi gablotka ze zdjęciami, zwracam szczególną uwagę na kobiety. Wystrojone, uczesane i patrzące prosto w obiektyw.

Jakie było ich życie? Jakie było życie starki?


– Nie było maszyn, wszystko robiło się ręcznie, pochodziliśmy z biednej rodziny, kobiety najmowały się do pracy na polu – opowiada pani Monika i pokazuje jak ubrana była starka (czyli jak była obleczona).
– Wszystko było lniane, bo ości jęczmienia i żyta raniły, więc ubranie miało za zadanie chronić.
Ciężko pracowały, w wieku 14 lat kończyło się szkołę i szło z mamą na pole. Tak po prostu było.
Ale starka wieczorem po ciężkiej robocie opowiadała dzieciom bajki, robiła na kołowrotku albo sztrykowała ciepłe zoki, czyli skarpety.
Taki to był kobiecy znój codzienny. Dziś modne zajęcia, czyli gotowanie, szycie, dzierganie – kiedyś były trudem i znojem.
– A tu ślubny ancug. Prawdziwa alpaka – z takiego czegoś się ślubne rzeczy szyło – pani Monika pokazuje mi oryginalne ubrania z tamtych czasów.
Jak pani te wszystkie stroje zdobyła? – pytam.
– A jak Was pan Bóczek zawoła to dajcie te łachy Trudzie (córce) – tak powiedziałam sąsiadce i ta posłuchała. Po śmierci sąsiadki ubrania trafiły w dobre miejsce – śmieje się pani Monika.
– Stareczka jak piekła chleb to pierwej kukiełki, bo one się wcześniej upiekły niż duży chleb i te kukiełki to były tylko dla dzieci (czy kukiełki to to samo co podpłomyki, które pamiętam z wakacji ze wsi, gorące i nieziemsko pachnące – zastanawiam się).
Bo z dzieciństwa to najbardziej zostają w głowie smaki i zapachy.
– A tu morcinek, czyli piecyk przy którym się grzali. Taki z ringami do ściągania, bo jak starka chciała coś szybko ugotować, to ściągała dwa ringi.
– Pijało się kawę zbożową – opowiada dalej pani Monika i pokazuje mi specjalny młynek do przyrządzania kawy – tu się nasypywało ziarna, nie inne tylko żyto lub jęczmień i wstawiało na duży piec, na którym ogień palił się przez cały dzień. Kilkadziesiąt razy się przekręciło młynkiem, zmieliło i… gotowe! Kawę zbożową piję do teraz.
Idziemy dalej.
– A tu maszynka, która oddziela śmietankę od mleka, niech pani patrzy jakie ludzie byli mądrzy. Każda mama nauczyła swoją córkę, że trzeba te dziurki dopasować. Jednym leciało mleko, drugim śmietanka. Na dzisiejsze czasy to jest komputer – śmiejemy się obie.
Obok cudownej maszynki do produkcji śmietanki wisi jakaś dziwna uprząż (to jest jarzmo krowie – objaśnia pani Monika).
– Z dzieciństwa pamiętam taki obrazek – opowiada dalej pani Monika – krowiczka szła pod oknem i wtedy stareczka mówi tak: takie ciężkie jarzmo ma ta krowiczka, bo nie doś, że musi robić na polu to jeszcze daje nam pożywienie.
Bo na pole chodziły też krowy i brały udział w orce, mało było koni i wtedy zaprzęgało się krowę i byka. Ciężki krowi żywot!
– Nie wiem jak długo tu jeszcze będę, więc wszystkie te sprzęty zabezpieczam i czasem się rozrzewniam (nie pamiętam czy pani Monika użyła właśnie tego słowa rozrzewniam, ale bardzo mi ono pasuje).
– Bo przecież tam, gdzie teraz jest wymiana opon, to był kiedyś piękny ogród, a ja pamiętam jeszcze na naszej wsi trzy domy pokryte strzechą.
Pani Monika chodzi więc po domach i zbiera stare sprzęty. W zimie przewozi je na sankach i pewnie czasem wygląda jakby zbierała złom, ale nie dba o to.
– To nie jest hańba, to jest moje życie! – mówi hardo, ale z uśmiechem.
– Tym co się gromadzi trzeba się opiekować – zatem pani Monika prasuje wszystkie poszewki, obrusy, ściereczki i makatki przez podwójną szmatkę (żeby się nie zniszczyły), a potem wygładza je z czułością. I oczywiście wszystko gotuje w wielkim garze, a nie pierze w pralce. Jakżeby inaczej!
Pani Moniko, jakie było życie tych kobiet? Były silne? (Bardzo chcę się dowiedzieć)
– Były silne siłą swoich rąk – odpowiada szybko pani Monika.
Kobiety wychowywały dzieci, w lesie albo na polu pracowały, żeby zarobić pieniądze, a potem oporządzały dom. Ciężka dola!
– A prasowało się żelazkami na dusze. I każda chwila była wypełniona pracą.
Los kobiecy.
– Moja mama urodziła mnie w czerwcu, a już w lipcu brała na pole. W chustkę się zawijało dziecko, kładło do kartofliska, bo nać była już wysoko i dawała cień. Ja sobie leżałam, a ona w tym czasie pracowała.
– W południe żaden na polu nie robił, bo od strony lasu mogły nadejść południce (widzę je jak idą powoli, trupie i piękne…)
– Można było po prostu dostać udaru – wyrywa mnie z zamyślenia pani Monika – A południcami tak tylko straszono. Tak jak i dzieci straszono utopcem, a chodziło o to żeby same, kiedy rodzice byli w polu, nie wchodziły do stawu.
Raz w tygodniu się kąpano. Wanna była w chlewiku, w sobotę grzało się w garze wodę, dolewało zimnej (pani Monika pamiętam, że w Chudowie był w jednym gospodarstwie żuraw).
– Naprzód nogi trza było umyć, bo przecież po bosaku się biegało, a potem dopiero hyc…do wanny.
Pierwsza kąpała się najmłodsza, a potem cała reszta. Wycierało się ręcznikiem lnianym, nie było oczywiście frotowych.
I były też smutne chwile, pani Monika ma łzy w oczach, kiedy opowiada mi o znajomej rodzinie. Matka musiała zamykać pojemnik z chlebem na kłódkę. W domu było jedenaścioro dzieci, dużo chłopaków i po prostu nie starczało tego chleba dla wszystkich.
– A teraz mówię dzieciom, które odwiedzają izbę: wyrzucacie chleb, a można dać kurkom, chleb to świętość jest.
A jak była pani młodość, pani Moniko? – dopytuję.
– Szybko się usamodzielniłam. Nauczyłam fachu.
Pani Monika była fryzjerką, jeździła na szkolenie do NRD.
– Opowiem pani, jak się robiło trwałą w latach pięćdziesiątych. Włosy na gorąco zakręcało się na metalowe wałki, podłączało gumki i gotowało według włosa, najdłużej włos rudy, bo jest najsilniejszy. Piękna i cudna trwała! Włos aż uciekał… – pani Monika po raz kolejny rozmarza się.
A potem oglądamy kasę fiskalną z 1886 roku, zamykaną na szyfr. Pani Monika przechowuje w niej lufki i cygara.
– Tej co będzie po mnie przekażę szyfr. I wszystkiego nauczę!
– Wciąż jeszcze strzygę moje stare klientki, przyjeżdżają do mnie, rozmawiamy sobie, kawkę wypijemy. Ja nie piję kawy, ale trzymam dla gości.
Pani Monice z młodości została jeszcze miłość do samochodów.
– Do dziś mam swój samochód i jeżdżę, ale mam ciężką nogę. Lubię bardzo poczuć szybkość – i znów obie się śmiejemy.
(Taka to jest Monia. I już! – pani Monika prostuje się i uśmiecha)
Na koniec zwiedzania Izby oglądam małą sypialnię, pośrodku której stoi wielkie łóżko (jak u mojej babci). Puchata, ale wygładzona pierzyna (takie gładkie jak papiur ma być – powtarzam w myślach słowa pani Moniki.)
Już się mamy żegnać, ale na chwilkę siadamy na zydelkach pod byfyjem i proszę panią Monikę, żeby opowiedziała mi coś jeszcze o sobie.
– Dobrze, dobrze, to o podróżach będzie, bo żałuję czasem, że się już zestarzałam. Świat mi się tak podoba… Byłam w Brukseli, w Szwajcarii, Austrii i Paryżu, a do Ameryki to pojechaliśmy jako Ślązacy Roku i to była moja wyprawa życia.
Nawet do Hiszpanii miałam jechać, ale ciśnienie mnie postraszyło i poszłam do szpitala, a potem zmarł mój mąż, a miał mi przywieźć ubrania do szpitala, już nawet sobie wszystko naszykował, bo zawsze wiedział co gdzie mam (teraz wie moja synowa, wie nawet, w co mnie ubrać do trumny) ale inaczej się potoczyło…
(Jesteśmy obie wzruszone)
– Teraz mam małe, ale własne mieszkanko i jestem szczęśliwa z tym, co jest, bo ja zawsze się umiem ze wszystkim pogodzić. Jestem szczęśliwa.
– Pani Moniko, a te kobiety przed panią? Przodkinie? Stareczka? Były szczęśliwe?
– Czy były szczęśliwe? Pewnie nie wiedziały, że inne życie jest możliwe. Ze wszystkim się trzeba pogodzić – jeszcze raz powtarza pani Monika i opowiada o tym, że fryzjerstwo to było jak konfesjonał w którym usłyszała wiele kobiecych opowieści. Kobiety miały do niej zaufanie.
– Z tymi tajemnicami idę do grobu, a mądrości to teraz wspominam. Bo czasem ciężkie to życie było. Te, którym chłopy popijały, to dostały lanie. Baba była do chałupy, do wychowywania dzieci, jako żona i służąca. Różne historie się zdarzały.
Po chwili milczenia pani Monika dodaje:
– Ale niech też pani napisze, że było….smakowicie. Robiłaś u gospodarza, to dostawałaś mleko, masło, ziarna, a na wesela to się piekło najlepszego na świecie kołocza. Teraz takich to już nie ma.
– Mam mistrza na kołacz i ptysie – dodaje pani Monika.
….
Żegnamy się i pani Monika obficie przytula mnie do piersi. Wsiadam do samochodu, podłączam telefon, radio, łyk kawy, czas znowu pędzi do przodu. Wjeżdżając na A4 próbuję sobie przypomnieć dlaczego jako mała dziewczynka bałam się obrazu, który wisiał w izbie u mojej babci. Nie udaje mi się….


PS. Nie znam śląskiego, wplatam więc to, co usłyszałam od pani Moniki, do tekstu – jeśli z błędami, to bardzo przepraszam i odsyłam do źródeł. Oryginalnej opowieści możecie posłuchać w Izbie Regionalnej w Chudowie od pani Moniki Organiściok. Pani Moniko, dziękuję za pani herstorię!







MARTA LUBOS



Kiedy byłam młodą dziewczyną to gdy ktoś rzucił piłkę w moją stronę to kuliłam się i uciekałam. Lekcje wuefu spędzałam głównie na ławce, z takimi jak ja, czyli bardzo niedysponowanymi koleżankami.
W zeszłą niedzielę kiedy dobiegłam do mety Runmagedonu (runmagedon to forma zawodów biegowych, polegająca na jak najszybszym przebiegnięciu wyznaczonego dystansu i pokonaniu trudnych przeszkód umieszczonych na trasie) to zapytałam dziewczynę, która zakładała mi na szyję medal: ,,czy mam coś jeszcze zrobić?” Nie wierzyłam, że to już koniec. Byłam zmęczona ale głównie pokonywaniem przed kolejnymi przeszkodami lęków w mojej głowie. Odniosłam w moim odczuciu sukces, bo w większości przypadków odważałam się zrobić krok do przodu. Mój trener mawia: „głowa rozkazuje, mięsień wykonuje” (mówi jeszcze, że „ból jest chwilowy a chwała jest wieczna” – ale o tym już kiedyś pisałam więc nie będę po raz kolejny rozwijać tego wątku).
Bardzo podziwiam kobiety, które w wieku czterdziestu lat zaczynają biegać albo w wieku sześćdziesięciu lat kupują swój pierwszy karnet na jogę. I młode dziewczyny, które wybierają trudną, pełną wyrzeczeń i determinacji drogę sportową. Za tymi wszystkimi wyborami stoi pasja, która nadaje przecież życiu sens. Rozglądam się wokół i widzę, że takich kobiet jest wśród nas coraz więcej.
Bo jak pisze moja ulubiona Paulina Młynarska w jednym z felietonów w ,,Rebel.”
„To nie znaczy, że przestałam się bać. To znaczy, że warto ruszyć w podróż mimo lęku.”



Marta Lubos zawodowo trenuje sztuki walki (karate), ma 25 lat, jest wicemistrzynią Europy bez podziału na kategorie wagowe a w tym roku zdobyła również wicemistrzostwo Europy w swojej kategorii wagowej.
Spotykam się z nią w letnie popołudnie w kawiarni w Tarnowskich Górach. Zamawiam kawę i sernik z bitą śmietaną (Marta dietetyczną colę).
- Opowiesz mi o sporcie? (naprawdę nie wiem od czego zacząć tą rozmowę, chciałabym oryginalnie a pewnie wszyscy Marcie zadają na początku to samo pytanie.)
- A może jak się to zaczęło? (przede mną siedzi uśmiechnięta dziewczyna w okularach, wygląda bardzo młodo.)
- Mój tato jest moim trenerem, zostałam zatem zarażona sportem.
Czyli po prostu (myślę sobie).
- Jak byłam mała to tato zabierał mnie na salę, bawiłam się tam. Traktowałam to miejsce jak swój drugi dom. A kiedy miałam 15 lat to wystartowałam w pierwszych zawodach i zostałam od razu rzucona na głęboką wodę. Na pierwsze zawody pojechałam do Japonii.
Te zawody Marta przegrała w pierwszej walce, ale tak się jej spodobało, że od tego czasu trenuje zawodniczo.
- Trenuję zawodniczo od 10 lat z jedną przerwą – Marta zdecydowanie podkreśla.
- Trzyma mnie uzależnienie od emocji, rywalizacji i tego, że chcę być najlepsza. Jak każdy sportowiec – dodaje Marta.
(Czy poczułaś rywalizację na runmagedonie? – zapytała mnie znajoma biegaczka – Nie, bo jestem joginką – odpowiedziałam szybciutko, ale po namyśle doszłam do wniosku, że – tak, poczułam. Zmierzyłam się przecież ze swoimi lękami.)
- Na początku wiele osób mówiło mi, że wygrywam, bo mój tato jest moim trenerem – wyrywa mnie z zamyślenia głos Marty - ale on przecież nie sędziował moich walk a ja przez to gadanie ludzi tak bardzo czułam, że muszę wszystkim nieprzerwanie udowodniać, że nie mają racji. Zdarzało się też, że wracając z zawodów z medalem zamiast gratulacji słyszałam, że miałam szczęście w losowaniu i stąd medal. Dlatego ciągle chciałam udowadniać innym, że naprawdę potrafię się bić.
- Teraz współpracuję z psychologiem sportowym i zrozumiałam, że nie muszę już niczego innym udowadniać. Tylko sobie – dodaje po chwili Marta.
Bo przecież udowadnianie komuś nie może być naszą motywacją do rozwoju.
- Marto, zacznijmy od sukcesów, jakie są Twoje największe sukcesy?
- Największym sukcesem było wicemistrzostwo Europy bez podziału na kategorie wagowe (mogę walczyć z zawodniczką wyższą albo niższą od siebie czyli z każdą, walczyłam na przykład z zawodniczką wyższą od siebie o dwadzieścia kilka centymetrów i cięższą o kilkanaście kilogramów – tłumaczy mi spokojnie Marta).
- Ale jestem też wicemistrzynią Europy w mojej kategorii wagowej.
- I jeszcze mam dużo do zdobycia – szybko dodaje Marta.
- Wciąż nie mam złota Mistrzostw Europy i ciągle ciężko na to pracuję. Chciałabym również wystartować w mistrzostwach świata ale mój start będzie zależał od tego czy się do nich zakwalifikuję czyli od wyników zawodów w przyszłym sezonie.
- Ile trenujesz? (to pytanie też zawsze pada w rozmowach ze sportowcami)
- W okresie startowym mam dziewięć do trzynastu treningów tygodniowo, w wakacje cztery-pięć w tygodniu.
- Jak to godzisz z pracą? Z życiem? – wyrywa mi się, kiedy szybciutko obliczam sobie, że czasem wypadają przecież dwa treningi dziennie.
- Nie wysypiam się – odpowiada z uśmiechem Marta
- Wstaję 4:30, trening, praca (kiedyś uczelnia), po południu krótka drzemka, gotowanie, drugi trening, gotowanie (ważne, bo trzymam dietę) i idę spać.
- Takie trzymanie diety to walka ze sobą, prawda? – dopytuję.
- Nie jest tak źle – śmieje się Marta - jestem pod opieką dietetyczki, mam ustalony codzienny jadłospis, rano sprawdzam co muszę kupić a potem po prostu gotuję.
- Czujesz radość z takiego trybu życia?
- Tak – odpowiada Marta.

Dużo bólu, dużo łez ale też dużo radości!

- Okres przygotowawczy do docelowych zawodów w roku trwa trzy miesiące. Wylewam wtedy mnóstwo potu i łez (ze zmęczenia). Niejednokrotnie narzekam, że nic mi nie wychodzi, że nie pojadę na żadne zawody, ale na szczęście to szybko mija, kiedy przechodzi zmęczenie. Jeśli po tym wszystkim na zawodach wygrywam to super ale…
- Ale czasem przegrywasz?
- Tak. Robię wszystko co mogę na treningach ale na macie przeciwniczka może się okazać lepsza. I jeśli przegrywam z taką zawodniczką to w porządku ale jeśli na macie nie daję z siebie wszystkiego to znaczy, że przegrywam tak naprawdę sama ze sobą, to wtedy jest tragedia.
- To dlaczego zdarza się, że nie dajesz z siebie wszystkiego? - próbuję zrozumieć.
- Zdarza się, że w momentach kryzysowych daję się zdominować przeciwniczce mimo, że mam jeszcze siły i jestem dobrze przygotowana. To wszystko kwestia psychiki, mobilizacji i determinacji. (Czyli znowu „głowa nakazuje, mięsień wykonuje” – myślę sobie). Na mistrzostwach Europy zawodnicy są na podobnym poziomie, jeżeli chodzi o przygotowanie fizyczne. Wyniki walk w dużej mierze zależą od tego co mamy w głowie.
- Co robisz po przegranej walce?
- Płaczę, dużo płaczę. Płaczę jak wygrywam i jak przegrywam. Trenuję sztuki walki ale jestem bardzo wrażliwa (ot i kolejny stereotyp czy dziewczyna-fighterka może być wrażliwa?).
- Jak się wypłaczę to analizuję a potem...po prostu godzę się z porażką i zabieram się do pracy!
Marta mówi, że po wygranej walce również analizuje co mogło pójść lepiej.
- A ile masz startów w zawodach w ciągu roku?
I Marta opowiada, że do zeszłego roku zdarzało się nawet trzynaście startów ale w 2017 przyszedł kryzys. Marta przeszła poważne problemy ze zdrowiem i teraz przygotowuje się do pięciu startów rocznie. Organizm potrzebuje czasu na regenerację.
- Marto, był w Twoim życiu taki moment, że chciałaś rzucić sport?
- Przed maturą zrobiłam sobie pół roku przerwy od karate, usprawiedliwiałam się tym, że muszę się uczyć do matury ale to było coś głębszego. Zabrakło mi motywacji. W tym samym okresie miałam problemy osobiste, które również nie pomagały. Przeszłam to ale powrót był straszny.
Marta opowiada jak przed przerwą zawsze wracała z zawodów z jakimś medalem a po przerwie zaczęła przegrywać. Nawet z początkującymi zawodniczkami. Trwało to rok. Rok pokory i ciężkiej pracy. Pomógł psycholog sportowy i trener - tata. I rzecz jasna - niesamowita determinacja.
- W końcu udało się to przełamać i zdobyłam pierwszy medal. (uff!)
- Marto, opowiedz mi jeszcze jak to jest w gronie walczących kobiet. (Dziewczyna siedząca naprzeciwko mnie wygląda łagodnie i do tego pięknie się uśmiecha – ach, te stereotypy)
W środowisko fighterek zdarzają się przyjaźnie, spotkania poza matą a po skończonej walce czasem wspólna impreza. I są też ciekawe kobiece losy. Zawodniczka z klubu Marty, która zaszła w ciążę, w ciąży trenowała a zaraz po urodzeniu wróciła na matę. Teraz urodziła drugie dziecko i po skończonych zawodach schodzi z maty i od razu karmi swojego maluszka.
- Sama daję sobie jeszcze trzy lata a potem chciałabym założyć rodzinę. Na razie jednak nie mam jeszcze faceta, który wiedziałby, że mam takie plany – śmiejemy się obie.
- Utrzymujesz kontakty z ludźmi spoza środowiska sportowego?
- Mam wąskie grono przyjaciół. W liceum czy na studiach kiedy wszyscy chodzili na imprezy to ja trenowałam. Najbliższe przyjaciółki to te z treningów.
Marta ze śmiechem pyta:
- Jak ja sobie znajdę męża? Przecież nie mam na to czasu…
Rodzina Marty od zawsze zaangażowana jest w sport. Tato jest trenerem, starszy brat gra amatorsko w piłkę nożną.
- A mama?
- Mama też walczyła. Poznała się z tatą na treningu. I teraz po latach przerwy wróciła do karate. Jeździ ze mną na każde zawody ale zawsze bardzo się stresuje przed moimi walkami.
- Bo sztuki walki to trudna dyscyplina sportowa, prawda?
- Bardzo. Każde wyjście na matę to duże ryzyko. Nawet najmniejszy błąd, ułamek sekundy może zaważyć o wyniku walki i o naszym zdrowiu. Pomijając aspekt sportowy, w przypadku mojej dyscypliny to też duże wyzwanie organizacyjne. Nie jesteśmy medialnym sportem (bo nie jesteśmy obecni na olimpiadzie). Był czas kiedy musiałam sama sobie finansować dojazd na zawody. I wtedy rodzice bardzo mi pomogli.
- Ale z drugiej strony – nie mamy z tego sportu pieniędzy wiec jest zupełnie inna motywacja. Bo jeśli motywacją są tylko pieniądze to kiepsko – dodaje Marta.
- Boisz się czasem? – pytam jeszcze (i myślę o strachu przed poważną kontuzją).
- Bardziej boje się uczucia porażki niż tego, że przeciwnik zrobi mi krzywdę.
- Nigdy się nie bałaś?
- Ha! Bałam się …raz!
Marta opowiada o pierwszych mistrzostwach Europy open i jak po losowaniu zobaczyła, że będzie walczyła z dziewczyną, której pas mam na wysokości głowy. I był właśnie ten moment kiedy poczuła strach.
- Ale zazwyczaj boję się raczej, że przegram niż, że ktoś mnie skrzywdzi. Gdzieś w podświadomości krążą myśli, że wszyscy oczekują, że będę najlepsza, że „nie wypada” mi przegrać. To duża presja, z którą niejednokrotnie bardzo trudno sobie poradzić.
- Kontuzje się zdarzają?
- Cały czas, ja jestem człowiek-kontuzja. Nie zdarzyło się do tej pory, żebym w pełni sprawna wystąpiła w mistrzostwach Europy.
- Ale nie wyobrażasz sobie swojego życia bez sportu?
- Nie – krótka i zdecydowana odpowiedź.
- Endorfiny to jest lekarstwo. Kiedy mam doła to zakładam buty do biegania i biegam. W zeszłym roku kiedy miałam problemy zdrowotne i spowodowaną nimi przerwę w treningach, przytyłam prawie dziesięć kilogramów. Dla aktywnej, dbającej o dietę kobiety to prawdziwa tragedia. Do tego zabrano mi to co było dla mnie najważniejsze w życiu i co było lekarstwem na każde zło czyli ciężkie treningi. To był trudny czas. Opanowało mnie wtedy uczucie którego nie znoszę - bezradność.
- Przeszłaś przez to?
- Pomógł mi psycholog sportowy i rodzina. Dzięki tej lekcji zmieniłam zupełnie podejście do wszystkiego co robię. Mimo, że nadal nie wszystko wróciło do stanu sprzed przerwy, to akceptuję siebie w każdym „wydaniu”. To klucz do bycia szczęśliwą kobietą.
Takie kryzysy bardzo nas wzmacniają.

Kryzys może wrócić ale będę już na niego przygotowana.

- Czy czujesz się silną kobietą? – dopytuję jeszcze, bo to dla mnie bardzo ważne jest.
- Teraz tak. Były różne momenty w życiu, ale teraz jestem silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
I Marta opowiada:
- Wyobraź sobie, że jedziesz daleko na zawody. Do Japonii na przykład. Ludzie myślą jaka fajna podróż a Ty przecież lecisz z myślą, że musisz wygrać.
- Budzisz się rano w hotelu na drugim końcu świata i czujesz stres?
- Tak, ale ten stres muszę przestawić tak, żeby mnie nie paraliżował. Tylko motywował. Staram się żyć na zawodach tym samym schematem – jem to samo na śniadanie, robie tą samo rozgrzewkę, słucham tej samej muzyki. Ostatnio nawet przed wyjściem na halę zaczęłam czytać książki, żeby jeszcze na chwilę oderwać się od atmosfery zawodów i od stresu.
- Walka trwa tylko trzy minuty (jeśli jest równa to sędziowie mogą dodać kilka minut).
(Trzy minuty walki i tyle przygotowań - myślę sobie).
Marta opowiada jak na ostatnich zawodach w Japonii sparaliżowała ją myśl, że tutaj właśnie karate miało swój początek a dodatkowo zdała sobie sprawę z tłumów publiczności na widowni. I przegrała w drugiej walce. Nie zdobyła medalu. A przecież tydzień wcześniej z mistrzostw Europy wróciła ze srebrem. Jednak w Japonii jej sposób walki wyglądał zupełnie inaczej.
- Minął tylko tydzień, w moim przygotowaniu motorycznym nic się nie zmieniło, jednak walczyłam zupełnie inaczej. To pokazało jak duże znaczenie w sporcie ma głowa. To wszystko jej wina – śmiejemy się, ale Marta zaraz poważnieje.
To był ciężki czas, bo zdobyte na mistrzostwach Europy srebro też nie przyniosło Marcie zadowolenia. Liczyła na złoto, które było w zasięgu ręki ale sędziowie niesłusznie przyznali jej karę za sfaulowanie przeciwniczki. Dali się nabrać.

Pękło mi serce.

- Poczułam jak ktoś mi wyrwał serce. Wybuchnęłam płaczem na macie, kiedy sędziowie wskazali werdykt. Podczas dekoracji grano hymn litewski, który również cały przepłakałam. Bo ja tak bardzo chciałam usłyszeć mazurka…
- Ale musiałam się pozbierać. Wspierała mnie jak zawsze rodzina i przyjaciele – dodaje Marta.
Czas płynie. Marta ciężko trenuje i marzy o złocie.
- Mam nadzieje ze w przyszłym roku wygram złoto, tym razem na Litwie.

Ale moje marzenia zweryfikuje mata.


Marto-wojowniczko, trzymamy kciuki!

Wyobraź sobie, ze siedzisz w małej kabinie w korporacji i nienawidzisz swojej pracy. To straszne. Wszyscy wokół to gnojki. Twój szef to kutas. Cała twoja praca to tak naprawdę otępiające umysł wysysanie duszy. Ale za pięć minut zaczynasz swój pierwszy od pięciu lat urlop. Całe dwa tygodnie spędzisz w ślicznym domku na plaży Bora-Bora. Nigdy w życiu nie byłeś bardziej rozrzutny.
Jak byś się czuł? Wspaniale.
A teraz wyobraź sobie, że jesteś na Bora-Bora. Siedzisz na pięknej plaży ze wspaniałymi ludźmi, z którymi cudownie spędziłeś czas. Za pięć minut będziesz musiał odłożyć swoją pinacolade z małą parasolką w środku. Pożegnasz się z towarzyszami. Wrócisz do swojej okropnej pracy i nie pojedziesz na urlop przez następne pięć lat.
Jak byś się czuł? Fatalnie.
A teraz się nad tym zastanów. Siedzisz w kabinie w pracy, której nienawidzisz, i czujesz się wspaniale. Potem siedzisz na plaży z drinkiem w dłoni i czujesz się fatalnie. To jak się czujesz zależy w stu procentach od twojego umysłu. A on nie ma nic wspólnego z twoim otoczeniem. Nie ma nic wspólnego z ludźmi wokół ciebie. To tylko i wyłącznie twoja decyzja
. „
Niezwykle optymistyczne przesłanie dla nas wszystkich! (powyższy fragment pochodzi z książki Moja walka/Twoja walka, Rondy Rousey światowej sławy zawodniczki mieszanych sztuk walki )




PANI STANISLAWA OD BRUNA


Bruno napisał do mnie w niedzielę z samego rana.
- Cześć, chciałbym opowiedzieć Ci o mojej babci. To będzie historia w temacie silnych kobiet. Kobiet, zmuszanych do ślubów, tak żeby majątek pozostał w rodzinie. Kobiet samotnie wychowujących dzieci. Kobiet ciężko pracujących. Czy to było by dla Ciebie interesujące? Taka kobieta z przeszłości?
Bruno to niezwykle konkretny ale i ciepły facet, znamy się jeszcze z dawnych, bardzo dawnych czasów.
W piątek umówiliśmy się w gliwickim Kafo. Bruno jak zawsze przygotowany, przyszedł z zeszytem w którym jego mama spisała historię swojej mamy. (Ach, jak mnie korciło, żeby zajrzeć do tego zeszytu ale czułam, że to trochę taka pamiątka rodzinna jest i być może nie wypada o to poprosić…)
Łyk kawy i zaczynamy … (w tle słychać wczesnopołudniowy gwar gliwickiej kawiarni)

Niezwykle konkretna ale też przerywana chwilami wzruszenia opowieść o babci Stanisławie”*
Babcia Stanisława to mama mamy Bruna. Była najmłodszą córką w rodzinie. Jej ojciec zmarł na epidemię cholery. Mieszkali we Lwowie.
Z dzieciństwa babcia Stanisława zapamiętała następujące zdarzenie.
Upalne lato (ale to równie dobrze mógł być pachnący babim latem ciepły wrzesień, taki jaki nie trafił nam się w tym roku…)
Ojczym, (który przepił potem część majątku rodzinnego) kupił swojej czwórce dzieci czekoladę. (Starszym-pasierbom nic nie kupił.) Czekolada topi się w dłoniach. Pachnie oszałamiająco. Dzieci wyrywają ją sobie głośno krzycząc:
- Ja, ja pierwsza! Tato! A ona ugryzła więcej!
Stanisława stoi z boku, jej wolno co najwyżej zlizać resztki czekolady z dłoni tamtych dzieci. Wdycha mocny czekoladowy zapach, który pozostał po niespełnionej uczcie.
Dzieci ojczyma mają własne obuwie, a siostry babci Stanisławy jedne buty na spółkę.
Nie starcza też pieniędzy na edukację Stanisławy. Dziewczyna zalicza zatem tylko siedem klas szkoły podstawowej.
I kiedy kończy 18 lat – zapada decyzja.
- Wydamy Stanisławę jak najszybciej za mąż za 10 lat starszego kuzyna. Najważniejsze żeby jego majątek nie przepadł i pozostał w rodzinie.
Kuzyn jest bardzo blisko spokrewniony, trzeba zatem prosić o zgodę biskupa. Jest wdowcem i ma jednego syna. Stanisława szybko rodzi mu dwójkę kolejnych dzieci, które niestety w wieku kilku lat umierają. Umiera też mąż. Stanisława bardzo to przeżywa.
Cóż było robić? Rodzina wydaje Stanisławę za mąż po raz drugi. I znowu trzeba prosić biskupa o zgodę!
I w tym przypadku również za kuzyna (ale tym razem o 9 lat młodszego). Rodzi się pierwsze dziecko – dziewczynka. Drugie… Co za pech! Też dziewczynka (mama Bruna). Mąż Stanisławy rozczarowany brakiem syna odchodzi i znika na długo.
Jest rok 1943. Środek wojny. Przez Lwów przechodzi zawierucha wojenna. Stanisława zostaje sama z dwójką swoich dzieci i z pasierbem a także z niedosłyszącą panną z dzieckiem, którą przygarnęła jeszcze wcześniej jako zamożna żona pierwszego kuzyna.
I to jest właśnie początek tworzenia się niezwykle silnych kobiecych relacji. Stanisława, jej dzieci, pasierb i niania (bo taka rola przypadła niedosłyszącej pannie z dzieckiem) tworzą w pewnym sensie rodzinę. Dobrze zorganizowaną i silną społeczność, której nic -jak się potem okaże - nie jest w stanie złamać (w tym samym czasie mąż Stanisławy, który ma lekką rękę do pieniędzy, przegrywa w kasynie resztki majątku).
Wojna się kończy. Stanisława jako głowa rodziny musi zdecydować co robić dalej.
- Jedziemy do Polski.
Kobiety w ciągu godziny pakują cały dobytek i wsiadają do pociągu. Mama Bruna dokładnie pamięta, że zabrały między innymi - dokumenty, pierzynę, trzy garnki i jeden kubek.
(A ja słyszę miarowy stukot pociągu. Jadą stłoczone w wagonach, którymi przed wojną przewożono bydło. Ciche zwierzenia, kołysanka nucona dziecku, stłumiony płacz i tęsknota – kobiecy rytm wystukiwany z pokolenia na pokolenie.)
Po kilku tygodniach wysiadają na stacji w Gorzowie Wielkopolskim.
Szybko znajdują miejsce do dalszego życia. Opuszczony po zawierusze wojennej szpital. Mama Bruna wspomina jak z dzieciakami skakała po łóżkach i biegała po szpitalnych korytarzach.
Po krótkim czasie dojeżdża kolejna rodzina – siostry babci z dziećmi. Kobiecy klan rośnie w siłę, babcia znajduje pracę, powoli urządzają się.
Niestety zła królowa przypomina sobie o istnieniu Stanisławy. Teściowa wraca na Śląsk do Gliwic, przejmuje poniemiecki dom i wysyła swojego syna po żonę i dzieci.
Ale happy end (i żyli długo i szczęśliwie) i tym razem nie następuje. Mąż Stanisławy przywozi rodzinę do Gliwic a potem ucieka na dobre po raz drugi . Kobiety zostają w pustym mieszkaniu w Gliwicach. Bez mebli, bez pieniędzy i bez pracy.
Stanisława zraniona i rozczarowana (a może po prostu wściekła na facetów?) postanawia już nigdy nie wyjść za mąż.
- Ale czy dotrzyma obietnicy? – pytam niespokojnie Bruna ale on uśmiecha się znacząco.
- Wciąż była ciepłą i czułą kobietą ale tylko dla dzieci i innych kobiet. – odpowiada wymijająco Bruno.
Życie tymczasem toczy się dalej swoim rytmem…
Stanisława dostaje pracę na kolei. Przejmuje kiosk pod dworcem i wkrótce zostaje szefową.
- W latach pięćdziesiątych to była ważna rola ale babcia harowała od rana do nocy – mówi Bruno.
Czwarta rano, kamienica w Gliwicach-Zatorzu. Stanisława w długiej nocnej koszuli rozpala w piecu a potem nastawia czajnik na ciepłą herbatę. Budzą się pozostałe kobiety.
- Mama opowiadała, że nie miały w domu zegarka więc codziennie sprawdzały godzinę u stróża w składzie węgla – kontynuuje Bruno.
(Widzę je jak wychodzą przed dom zaspane i trochę nieprzytomne. Ulicą ciągnie się dym z rozpalanych właśnie pieców. W zimie jest to przecież środek nocy, otacza je całkowita ciemność. Słychać stukot pociągów i z oddali nieco niewyraźną zapowiedź przez megafon: pociąg osobowy do…)
Babcia pakuje śniadanie do pracy. Niania zostaje z dziećmi.
To taki codzienny kobiecy znój.
Silne i niezależne kobiety, radzące sobie z wojną, ale i z życiem. Kobiety same, bo bez mężczyzn, ale nie samotne, bo były przecież razem.
- Babcia ciężkie życie przypłaciła na starość gruźlicą. Bywała w sanatoriach, miała wielu adoratorów. Była przecież bardzo elegancką i zadbaną ale też skromną kobietą. Podawała swoim adoratorom zły adres a potem wycinała ich ze zdjęć - śmieje się Bruno – Moja mama opowiadała, że babcia nigdy ich do siebie nie dopuszczała bliżej niż na pocałunek dłoni.
Ale jest i w końcu wyczekiwany happy end! Na starość Stanisława zakochała się w starszym i bardzo porządnym panu. Wzięli ślub i byli szczęśliwi. Piękny i bardzo ludzki koniec tej historii. Historii o gigantycznym sile kobiecej i o budowaniu dobrych kobiecych relacji.
Bo w tej opowieści jest jeszcze jedna bardzo ważna osoba. Niania Józia (czyli niedosłysząca panna z dzieckiem, która przez kilkadziesiąt lat była z rodziną). Była jej dobrym duchem, w kieszeniach fartucha nosiła cukierki dla dzieci, wymyślała dzieciom śmieszne przydomki i śmiała się głośno.
- Zawsze spokojna i uśmiechnięta. Ludzie lgnęli do niej jak ćmy do światła. Magiczna kobieta – opowiada Bruno.
Została w tym kobiecym klanie już do końca swoich dni.
Były też inne kobiety. Blisko, bo na tym samym podwórku, mieszkała przez dłuższy czas siostra babci z dwiema córkami (podobno też z mężem, który był dobrym człowiekiem ale w tej opowieści silna energia kobieca sprawiła, że stanowił jedynie dla niej tło).
Dom pełen kobiet.
Samotność przez te wszystkie lata wojny ,ale też trudu i znoju codziennego byłaby nie do zniesienia więc stworzyły silną wspierającą się grupę kobiet. One na szczęście były zawsze razem.
Mama Bruna pozostała zresztą wierna temu schematowi. Bruno pamięta jak pomieszkiwała u nich samotna koleżanka mamy, potem inna ciotka, której oddano na czas choroby pokój. I jeszcze jakaś znajoma, którą pobił mąż. Bo kobiety przecież pomagają sobie nawzajem!
Babcia Stanisława do końca trzymała wysoko uniesioną gardę. Całe życie mimo biedy i ciężkiej pracy była elegancką kobietą. Przed śmiercią poprosiła swoją córkę
– Pamiętaj córeczko, żeby mnie ładnie ubrać zanim po mnie przyjdą.
Pani Stanisławo, jestem pod wielkim wrażeniem pani siły i sprawczości!
….
Może w byciu silną chodzi o to żeby trzymać się swojej drogi i mimo przeciwności losu nie zbaczać z niej? Ale też tworzyć dobre relacje? Wspierać się? Być razem?
Bruno, dzięki za męską opowieść o silnej i niezwykłej kobiecie!

*Wiele faktów wymaga jeszcze doprecyzowania, przepraszam zatem głównie Bruna za nieścisłości. Mam nadzieję, że historia o babci Stanisławie stanie się częścią naszej książki o poszukiwaniu siły kobiecej.






Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
5,552,282 Unikalnych wizyt