Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

DOBRANOCKA
DOBRANOCKA
DOBRANOCKA
Po prawej stronie ge...
DOBRANOCKA
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Beata Kieras
Beata Kieras - O sobie: "Jestem nauczycielką języka polskiego w gdyńskiej szkole, skończyłam filologię polską i różne studia podyplomowe pokrewne w tematyce. Stowarzyszenie K.K.Baczyńskiego wydało zbiór moich wierszy pt."Lady Hiob otwiera drzwi" po przyznaniu III miejsca w jednej z edycji konkursu. Byłam laureatką Gdyńskich połowów poetyckich i dwukrotnie konkursu O Złote Pióro Sopotu".


TWÓRCZOŚĆ:


Bajki brzuchate




Retro

kiedy to było
kiedy się zagapiłam
może już wtedy gdy wyjęli mnie martwą
i ktoś uderzył z nawyku matka wierzyła w cud
ludzie darowali z czasem wybryk natury tylko dzieci
zdobywały się na szczerość

może pod wielką falą ojciec zdejmował właśnie
sandały długo żyłam nadzieją że zamoczyłby sobie skarpetki
w Atlantyku gdyby nie młody Niemiec - ładnie wyglądał
z polskim dzieckiem na rękach matka wybaczyła mu przeszłość
aż do Zygfryda de Löwe

albo w tym oknie - mogłam przecież skoczyć
ratując jakąś kolejną dziewczynkę jakiegoś chłopca
przed katowaniem przynajmniej do wakacji mieliby
spokój i opiekę pod nadzorem kuratorium ale zostałam
po stronie zwycięzców dziś trzymają mnie jako tłumacza
z milczenia ofiary na krzyk oprawcy

zdarzyło się tyle okazji marcowy poranek z aortą
pękniętą w historii rokującej na powieść rzekę
zapraszające spojrzenie matki gdy wreszcie znalazła
szczelinę w ścianie i przeciągłe uśmiechy
za skulonymi plecami po każdej próbie wyprostowania

kiedy to było
w samą porę




Śmierć dekadentom

jestem wyjściem dla tych historii
końcem opowieści o zmarnowanych kobietach
podróżnych o brakujących mężczyznach
z międzywojen powojen o powrotach ani na walizce
ani z walizką o pośpiesznych zdradach które nakrywało się
do kolacji

wystarczy żebym zapomniała a dopali się stodoła
w pijanych oczach ciotki niewyrośniętej nigdy
z dziecka jedynego nie z tej stodoły i nikt się nie dowie
dlaczego umarła lepsza z sióstr chociaż ta druga
nie z miłości zaszła przed ołtarz ze starym kuśnierzem
bo wszystko jedno mu było z jakiej nocy weźmie
niemowlę na córkę na syna
ale
kobieta z czarno-białego zdjęcia prosi żeby powiedzieć
jeszcze raz jak ją nazywał mężczyzna spod kamienia
nie dość uważnie słuchała a teraz chce usłyszeć
więc powtarzam krótką lekcję kochania byłam zbyt mała
żeby zamknąć za sobą drzwi a teraz jestem stara
i boję się przyszłości boję się że ich wszystkich prześwietli
na nieczytelną stronę szczęśliwych nieszczęśliwych
dobrych złych wybarwi z sadów z dróg powrotnych
z żółto zarośniętych domów

jestem końcem tych historii
wyjściem z nieistniejących miast kamienic przebitych
szkłem z dębowych łóżek sukienek mundurów
rozgrzanej skóry
utlenimy się nawet kornik w nas nie zachrobocze
vae mortuis




Urazówka

Ogarniam ostatnie stulecie szpitala dla kobiet. Kiedy z niego wyjdę, opustoszeje. Nie będzie już nikogo, kto potakiwałby głową i rzucał w powietrze monosylabami dla podtrzymania kontaktu.
Po środku płonie stodoła. Jest miejscem, z którego zaprószył się ogień dla innych historii. Unoszą się wokół niej jak ćmy, które też chcą światła, zanim umrą. Ciotkobabka pozostaje na zewnątrz. Ukraińcom nie chodzi o dzieci. Pozostaje więc na zewnątrz do starości. Prawie zawsze wesoła, prawie zawsze na rauszu, zawołany żartowniś na rodzinnych stypach. Z płomykami w oczach.
Nieco później inna kobieta, z tych pięknych, z epickim rozmachem rujnujących sobie życie, wybiera pięknego mężczyznę. Mężczyzna zdradza ją i wyjeżdża przepełnionym pociągiem, może za karę, bo jego Bóg i sprawiedliwy jest, i rychliwy. Wraca, co wydaje się tak niemożliwe, że wierzy się w głosy. Te głosy pytają, jakim cudem Żyd przeżył. Cuda, które zdarzają się Żydom, wymagają szczególnej uwagi. Ukrywa się więc mężczyznę w domu, a w końcu trzeba go ukryć głębiej. Ciotkobabka jeździ do szpitala, początkowo z synami, potem sama. Zostaje wdową, kiedy ma już niewiele wspólnego z dziewczyną patrzącą na fotografa wielkimi oczami. Szuka mężczyzn na jedną noc, na całe życie. Synowie, a zwłaszcza synowe niepokoją się o resztkę sreber i Gierymskiego - mały, ale prawdziwy. W domu seniora jest dużo panów. Babka Wacka umiera z miłości.




Okrycia

Przyszły do bajki kobiety w szerokich płaszczach, pelisach sobolowych i marynarskich kufajkach. Kobiety ciężarne jak dzikie, stare jabłonie, które rodzą jeden raz, naturze wbrew i mimo Boga.
Jedna biega po schodach, w górę i w dół, w górę do piekła, i w dół, do Polski, która jest na przedwiośniu żeromskim. Biega tak, bo dziecko, które za chwilę urodzi, ojca ma za którymiś drzwiami w samym środku świata. I chodzi o to, żeby przez te drzwi wyszedł żywy, choć wyrok już podpisany.

Ktoś po rosyjsku wykrzykuje. Ktoś drzwiami trzaska. Postacie prosto ze strasznych bajek. Dzierżyński jak malowany węglem. Kobieta opiera się o ścianę i płacze. Bo chociaż zna język cara, to przeczytać nie potrafi, co napisał ten, który z ostatniego pokoju ją wyrzucił. Widać po rosyjsku płacze, bo ktoś podchodzi, i pyta, i papier ogląda. I czyta, że zwolnić. Batiuszka chrzci dziecko w nocy, bo niebo jest jedno a dziecko tak słabe, że może nie zdążyć do właściwej parafii, gdzieś na Polesiu a może w Łodzi, różnie się mówi.
Wracają przez dwa lata. Pelisa pocięta dla niepoznaki, dezerter, sufrażystka, dziewczynka z nieważnym imieniem. Do dworku, w którym niewielu wierzy w cuda i pogrobowiec byłby milej widziany niż pomiot bolszewicki, bo niby kogo by wypuścili jak nie zdrajcę.
Do mieszczańskiej, łódzkiej jadalni, z którą prababcia zupełnie się nie komponuje, krucha i wyzywająca, niewiadomego przeznaczenia. Jej dziewczynka zna już kilka słów. Po rosyjsku. Wstyd dla obu rodzin. Bajka głosi, że jakieś ciotki próbowały prababcię otruć. I że dziewczynka, wówczas już cztero-, pięcioletnia wpadła z rosyjskim krzykiem do sąsiadów. I że ci sąsiedzi zatrutą uratowali i nie oddali pradziadkowi do chwili, gdy przyszedł po żonę i dziecko spakowany, z pelisą gotową do drogi. I że ktoś strącił ze stołu szklankę z kompotem. I że plama po tym kompocie nie dała się wywabić.

Na Polesiu poszła w niepamięć niechlubna metryka z Tambowa i podejrzany dokument wyjmujący Polaka spod jurysdykcji Kraju Rad. Pradziadek zdradził prababcię z jej siostrą i w ten sposób, wszedłszy do rodziny, stracił prawo wstępu do małżeńskiej sypialni i szansę na spłodzenie prawowitego syna.

Druga w tej samej pelisie, to znaczy w podbiciu tym samym, pokrytym jasnym lodenem, tuż przed ślubem, bo wiosna jest mroźna, jedzie pociągiem, do nowego świata. Wieś jak wieś, i po wódce brat wiejski brata miejskiego goni przez pola. Już po zdjęciu, na którym ustawili się wszyscy zgodnie przed podmurowaną chałupą. Na fotografii babcia jeszcze się uśmiecha. Straci dziecko w kilka dni później, w szpitalu, nie na ziemi, z której ją ktoś zabrał, zaklinającą dziadka na wszystkie świętości i brzuch, żeby wracał. Następnej wiosny urodzi córkę, za wcześnie, żeby uwolnić ją spod płaszcza.




Historia zmartwiała

Dziecka miało nie być. Babka patrzyła w brzuch kobiety i kręciła głową.
Nie wyobrażam sobie w tym spojrzeniu ani troski, ani współczucia. Wyobrażam sobie ptasie oczy, bystre, ciekawe, pełne oczekiwania. Na padlinę. "Niedobrze z tobą" - mruknęła
i spakowała manatki. Padlina padliną, ale lepiej zaczekać z boku.

Matka została w ciąży, w pustym mieszkaniu, w strachu przed nienawiścią, nazywaną przez ojca głupotą. Dziecko urodziło się przed czasem i miało umrzeć. Wszyscy porządnie je opłakali i w tym opłakiwaniu wyczerpało się światu kochanie. Kobieta była wariatką i nosiła to martwe dziecko ze sobą do innych wariatów. I było jednakowo żywe i nieżywe.
Kiedy zaczęło chodzić, przyjechała babka. Żeby odczynić. Nie zdążyła, bo inna stara kobieta zawinęła dzieciaka w kocyk i wybiegła z domu.

Ojciec opowiadał na lądach i morzach, że ma dziecko umarłe i nieumarłe. Żonę piękną i chorą nieśmiertelnie. Syreny z rozpaczy wskakiwały na pokład i tonęły w kieliszkach.

Dziecko miało martwą twarz. Krzywą jakby się śmiało z nieszczęścia. Mordę miało, ogłaszaną hałaśliwie na podwórkach, trupią, bezczelną mordę. W czapce. Żywe dzieci wiedziały. Wiosną wyszarpywały włosy.

Poumierały babki, dobra i zła. Poumierał ojciec na choroby z przeszłości, z twarzą łagodną i mądrą jakby coś w końcu zrozumiał z tych łez przelewanych z morza do morza. Poumierała matka wariatka, tak jak dziecko za wcześnie przyszło, tak ona za późno odeszła,
ku zakłopotaniu rozsądnych ludzi.

Tylko dziecko domrzeć nie może. Bo i jak, skoro się urodziło zmarłe. I nie wiadomo, co z nim zrobić. Przemilczeć może.




Rozsupłane

Ojciec chciał syna. Urodził się i umarł. Ojciec chciał syna, szeptał o tym matce do ucha, pisał w listach, tak pięknie jakby było dwóch. Ten, który mówi i ten, który pisze. Z pośpiesznej ciąży przyszło na świat pośpieszne dziecko i zamiast przemierzać tam i z powrotem Mleczną Drogę, zatrzymało się na lichej stacji, gdzie podróżni muszą radzić sobie sami.

Dziewczynka ostatniej szansy. Szybko ochrzcili z wody, bo choć panował socjalizm, to strzygi zdołały przetrwać i tłoczyły się na gałęziach przyszpitalnych drzew.

Dziewczynka nie do rozwiązania. Jakby ktoś z węzłów gordyjskich próbował uformować człowieka. Nie wypadało przeciąć, wypadało czekać. Aż natura przetnie. Bo nikomu nie przychodziło do głowy, że w przypływie czarnego humoru mogłaby rozplątać. Przemawiała matka do swoich supełków. Przez szybę, przez siatkę. Chodziła po świecie w poszukiwaniu samosiejnych wariatów, uczonych i nieuczonych, skłóconych z naturą o porządek rzeczy.

Postawiła na swoim. Postawiła porządek na głowie, dziecko na nogach. Ojciec płakał nad własnym losem, bo dobrze mu było w żałobie. Przez załzawione oczy nie widział niczego prócz kłębowiska niedorzeczności. Aż sam się zaplątał w chorobę tak, że ledwie go było z niej widać. I chwytał się wzroku pochylonych kobiet, choć jedna była wariatką, a druga wybrykiem przyrody.










Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
5,552,239 Unikalnych wizyt