Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

Dzień Ojca - 2017
TRYPTYK TĘSKNIĄCY - ...
KUJAWIAK Z OBERKIEM ...
dzień matki, Joanna ...
dzień matki, 2017
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

dzień matki - dziecka

Małgorzata Rychert-Kita

Ty za moimi plecami, mamo



26 maja. Pachnie odurzająco jeszcze mokry bez, lodowaty chłód sączy się przez otwarte okno. Wstaję i zamykam je, okrywam małego ofiarodawcę wilgotnego bukietu szczelniej kołdrą. Jestem mamą…
W dzień urodzin mojego dziecka upał był niesamowity. Pamiętam ten dzień jak dziś. Leżałam w supta baddha konasanie. Okna były zasłonięte czerwonymi roletami, pokój spowijała czerwona poświata. Myślałam wtedy, że podobne światło ma w moim brzuchu mój Syn. Byłam spokojna i niespokojna jednocześnie. Rozluźniona i maksymalnie skoncentrowana. Byłam pewna, że do porodu zostało mi jeszcze mnóstwo czasu, bo przecież powinno jakoś bardziej boleć.
We czwartek, o 19:55 urodziłam Syna. Stałam się mamą. To najważniejszy, jak dotąd, dzień mojego życia. Dostałam sms’a od Brata - Jak Ci tam jest, po Drugiej Stronie? Dokładnie tak to czułam. Po drugiej stronie lustra. Inny świat. Inna rzeczywistość. Nawet jeśli mężowie są przy nas - przez tę bramę przechodzimy same. Przez bramę naszych joni. Rodzimy dzieci, ale też siebie - jako matki. Rodzimy naszych mężów - jako ojców. Naszych rodziców - jako dziadków. Naszych synów, jako przyszłych ojców. Cały Świat wydajemy na świat. Same. Jestem po drugiej stronie. Urodzenie Dziecka dało mi poczucie siły. I nieznanej wcześniej pewności - cokolwiek się nie stanie, Jestem. I dam radę. Jestem mamą.
Przypomina mi się trening pracy z wewnętrznym dzieckiem, który prowadziłam kilka lat temu. Uczestniczka, po dwóch dniach pracy – wybucha. Tym wszystkim, co nosiła przez 30 lat życia. Bólem, lękiem, rozpaczą, pretensją i bezradnością. Płacze tak bardzo. Płacze za matką, jakiej nigdy nie miała. Uczestnicy grupy, poruszeni, siadają w ciasnym kręgu wokół niej. Biorę ją w ramiona. Szlocha tak bardzo. Wyrzuca z siebie urywane zdania. Do matki. Nie słuchałaś mnie! Nie szanowałaś! Narzucałaś. Realizowałaś swój plan na życie wykorzystując mnie! Nie mogłam Ci ufać… Trwa to godzinę. Ciasny krąg uczestników nie rozluźnił się ani na chwilę. Kołyszę ją bez słów. Jestem bardzo poruszona. I spokojna jednocześnie. Płacz cichnie. Ciało rozluźnia się. Podnosi zapłakaną twarz. Mówi do mnie – dziękuję. Patrzy na krąg wokół niej i mówi – dziękuję. A potem, podnosi wzrok ku niebu i mówi… a łzy płyną jej znów po policzkach – dziękuję mamo. Za to co mi dałaś i za to, czego mi nie dałaś…
Nie da się uratować tego, kto jest zły na swoją matkę powiedział Bert Hellinger. Tylko jak to powiedzieć kobiecie, której matka latami zgadzała się na przemoc wobec dziecka? Albo kobiecie, porzuconej w dzieciństwie? Bitej? Słucham takich historii z uwagą… otwartym sercem. Ze zgodą na wszystkie pojawiające się w moich klientach emocje – na rozpacz, ból i na złość. Furię. Wściekłość. Dopiero na dnie tego kielicha… jest przebaczenie i akceptacja. Blokowanie jakiejkolwiek emocji jest zamrożeniem, śmiercią. Wypuszczenie jej daje życie. Na nowo. Sobie – dziecku i matce. Wyrazić… Poruszyć… Wtedy przychodzi wybaczenie. I Jej.. I sobie. Akceptacja – Jej i.. siebie.
Pozwolić dzieciom być dziećmi… Opanować swoje lęki, które każą tak bardzo bać się o dziecko. Albo każą dziecku opiekować się zlęknioną matką, nie pozwalając wypełnić się najważniejszemu mitowi dzieciństwa – być dzieckiem. Ty jesteś duża, ja jestem mała… mamo.
Ty za moimi plecami, mamo. Za tobą Twoja matka - moja babcia. I jej matka… Stoicie murem za mną. Murem we mnie. Przede mną moje dziecko, przed nim Świat. I tak bardzo pachnie mokry bez.




Małgorzata Rychert-Kita - mama, córka, psychoterapeutka Gestalt. W 2006 roku stworzyła Pracownię Rozwoju Osobistego "Jabłoń", gdzie prowadzi terapię indywidualną, warsztaty i treningi (www.jablon-gestalt.pl).
Gestalt, to dla niej nurt terapii i filozofia życia – ciągłe poznawanie siebie i innych. A praca z ludźmi jest dla niej wielką radością. Praktykuje jogę, lubi gotowanie i długie spacery.





Magdalena Małecka-Wippich

mama jest aktorką



Wysokie trawy, w których można się zgubić. Wcześnie rano, nieraz tuż po wschodzie słońca, szliśmy z ojcem na łąkę pod lasem. Pamiętam podniosłość tej chwili, i pamiętam to przyjemne uczucie konspiracji, które w dzieciństwie smakuje dużo intensywniej. Kawiaty zbieraliśmy tak długo, póki bukiet nie był na tyle duży, że trudno go było unieść. Chabry, stokrotki, trawy o wielu odcieniach, czasem zagubiony gdzieś w bukiecie kłos żyta. 26 lipca. Imieniny Anny.

Małe Ciche, które wtedy jeszcze na prawdę było na końcu świata. Dom niedaleko strumienia, drewniany kościół, górale, którzy śpiewali w nim z życiodajną siłą, i nieskończona ilość zapachów, tak prawdziwych, że można było iść przez wieś z zamkniętymi oczami.

I jeszcze Wysokie Tatry, w których kilka razy złapała nas z mamą burza.

W Krakowie odwiedzałyśmy dziadków. Dziadek zazwyczaj schodził na dół i witał nas przy żywopłocie. Zapamiętałam go, jak pokazuje mi pierwsze zakwitłe pąki i nazywa rosnące obok kamienicy drzewa.

Mama jest bardzo podobna do dziadka. Ma tak samo delikatne, opadające na czoło włosy.

Dużo chodziłyśmy z mamą po Krakowie. Kościół na Skałce, Teatr Słowackiego, Kościół Franciszkanów z witrażem Wyspiańskiego (jej ulubiony, bo pełen secesji), Kanonicza, Wawel, Cmentarz Rakowicki.

Dużo chodziłyśmy brzegiem morza. Potrafiłyśmy tak iść wiele kilometrów.
Chodziłyśmy też szlakiem kolejki wąskotorowej, na jagody, albo zwyczajnie, do parku.

Czasy w których kwitło życie towarzyskie. Pamiętam takie Wigilie. Gwar, półmorok, ścisk, drewniane schodki, prowadzące do pokoju z pianinem. U Wojciecha Siemiona, o północy gaszono światło i zapalano świece. Siemion, jak na obrazie Caravaggia-z początku cicho, na wpół oświelony i z błyszczącymi niepokojąco źrenicami-zaczynał recytować „Rodowód Jezusa” wg. Św. Mateusza, po nim, „Kolendę” Tytusa Czyżewskiego, a na koniec „Zaczarowaną Dorożkę” Gałczyńskiego...Tak zetknęłam się z żywą poezją; późną nocą, z biciem serca i wypiekami na twarzy.

W Laskach pod Warszawą, gdzie mama czasem występowała i dokąd zabierała mnie ze sobą, utkwił mi w pamięci chłopiec z dużym guzem, okropną naroślą zamiast prawego oka. „Może to lepiej, że nie widzi samego siebie”-myślałam naiwnie. W tamtych czasach, nie widywało się dzieci niepełnosprawnych. Niepełnosprawne dzieci, siedziały zaklęte w domach, w zamkniętych ośrodkach. Tymczasem niewidome dzieci z Lasek witały się ze mną i z mamą podchodząc do nas po kolei, i dotykając naszych twarzy.

„Nawet nie wiesz, jaką masz wspaniałą matkę!”-jakaś obca kobieta pochyla się nade mną.
„My tak Panią kochamy, pani Aniu”.
Zdarzało się, że razem z bratem w umówionym momencie pokazywaliśmy obcym język.

Jeszcze Teatr. Był oczywiście i teatr. Było dużo teatru. Ale, czy to tak na prawdę ważne?

Pamiętam długą, drewnianą poręcz nad klifem, który wychodził na morze. Stałyśmy razem przy tej poręczy i parzyłyśmy na zachód słońca. Tego dnia, zachód był różowo-pomarańczowy, z domieszką mocnego grafitu. Gdy to wspominam, zdaje mi się, że znów tam stoję i patrzę na strome zbocze. Jakby ktoś w mojej głowie zrobił zdjęcie tamtej chwili, i wbił je na zawsze szpilką w serce.

Zapamiętaj-mówi mama-jak stoimy tu razem. Każdy zachód słońca jest inny. I każdy zachód słońca, tak samo jak ta chwila, już nigdy się nie powtórzy.



Magdalena Małecka-Wippich - Altowiolistka, kameralistka, wykształcona muzycznie i literacko. Ukończyła Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie, Podyplomowe Studia Literacko-Artystyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, oraz pierwszą w Polsce Szkołę Dramatu w Warszawie.
Od roku 2004 związana z zespołem Opium String Quartet, którego powstanie zainicjowała, i z którym nagrała trzy albumy otrzymując nominację Polskiej Akademii Fonograficznej do nagrody Fryderyk 2011 za debiut płytowy, oraz nagrodę Fryderyk 2014 za trzeci album płytowy Chagall for Strings w kategorii „Muzyka Współczesna“.
Prywatnie, córka kompozytora Macieja Małeckiego i aktorki Anny Seniuk, oraz żona perkusisty Marcina Wippicha i mama Felicji Wippich.





Katarzyna Nowak

Moja Mama Czarownica. Opowieść o Dorocie Terakowskiej (fragm.)



W reportażu telewizyjnym, trafnie zatytułowanym „Dwie Doroty”, mama mówiła, że tkwią w niej dwie osoby: pierwsza pilnie śledzi wszystkie newsy prasowe, słucha wiadomości, czyta gazety, pisze ostre felietony. Druga przebywa w zupełnie innej rzeczywistości, jakby po drugiej stronie lustra, gdzie wszystko jest możliwe i gdzie rządzą prawa magii. I te dwie Doroty, ta analizująca chłodno i krytycznie rzeczywistość publicystka i ta druga, która wierzy w magiczne moce, sny i przeczucia, słyszy, jak łabędzie skrzydła śpiewają, a w życiu kieruje się nie rozumem, lecz intuicją – są w niej obecne obok siebie.

Przez wiele lat mama – przynajmniej na pozór – lepiej od śpiewu łabędzich skrzydeł słyszała własny głos. Apodyktyczna, władcza, agresywna, uparta do granic niemożliwości, w ciągłym biegu, nie czuła się dobrze w rodzinnym domu, więc z niego uciekała. Nie pasowała do żadnej szkoły, w każdej było jej za ciasno. Nie wiedziała, jakie studia wybrać. Szukała siebie w szaleńczym stylu życia cyganerii krakowskiej, w Piwnicy pod Baranami, w klubach jazzowych, kabaretach. Wszędzie musiała być pierwsza, jeśli nie najlepsza, to najgorsza. Byleby inna. Próbowała odnaleźć siebie nawet w partii. I w macierzyństwie, które przyszło zbyt wcześnie i od którego też uciekła. I w gazetach, w których koledzy, z powodu nieznośnego charakteru, nazywali ją „ta straszna Terakowska”. Nawet w domu, który stworzyła, bywała straszna.

Obie Doroty od dziecka zgadzały się w jednym: chciały pisać. Łamać konwenanse, burzyć struktury, żyć mocno i z pasją. Aż wreszcie, grubo po czterdziestce, mama przestała uciekać, powoli odnajdywała to, co zgubiła w szaleńczym biegu. Skryta, nie znosząca czułostkowości, zamknięta w sobie, choć otwarta na innych, odkrywała się coraz bardziej w książkach.

Gdybym na co dzień wyrzucała z siebie to wszystko, co we mnie tkwi, nie miałabym już o czym pisać. Ale mam poczucie, że to nieokreślone „coś” w pewnej chwili zgubiłam, rozmieniłam to na drobne, swoim życiem sama temu czemuś zaprzeczałam i musiałam to dopiero odnaleźć w sobie na nowo. Znalazłam to dopiero po czterdziestce i wtedy napisałam pierwsze powieści.

Te książki wywoływały szok wśród jej znajomych, tak bardzo nie pasowały do autorki. Kiedy Alicja Baluchowa, niedługo przed śmiercią mamy, powiedziała jej, że jest taka jak bohaterowie jej książek, ta bardzo się ucieszyła: „Naprawdę???”.

Najpierw przeczytałam Tam gdzie spadają Anioły (wręczyła mi książkę z odręczną dedykacją: „Kaśce, żeby sobie pofrunęła”) – było to jakieś sześć lat temu – i doznałam wstrząsu. Bo nagle okazało się, że ta apodyktyczna, hiperenergiczna i hiperzajęta osoba, która przemyka obok jak huragan, tak naprawdę słucha, widzi i rozumie innych. I jest wewnątrz tak wrażliwa i czuła, jak chropowata na zewnątrz. Znikła złość i bariera, która dzieliła nas przez tyle lat. Skończyło się czekanie: która pierwsza wyciągnie rękę. I tak zaczęłyśmy poznawać siebie… Znalazłam w jej książkach to, czego szukałam. Ona znalazła to, co zgubiła.

Teraz, po jej śmierci, odczytuję te książki inaczej. Już wiem, dlaczego tak starannie zamykała się na wiele godzin w „pokoju komputerowym”, w którym pisała, i spowita dymem papierosowym, z orzeszkami w zasięgu ręki, izolowała się od nas, nawet od Maćka, który w pewnym wywiadzie wyznał rozbrajająco, że cierpi wtedy na chorobę sierocą. Tam odnajdywała się wśród nie zawsze przyjemnych wspomnień, dręczących ją lęków i obsesji, niespełnionych marzeń, nadziei i – przenosiła je na kartki papieru.

Po czym, niejako „oczyszczona”, wychodziła z impetem z pokoju i jak gdyby nigdy nic mówiła: „To co, Maciuś? Może brokuły na kolację?”, mimo że dochodziła druga w nocy.


Katarzyna Nowak - Wydała cztery książki: " Moja mama czarownica. Opowieść o Dorocie Terakowskiej" (Wydawnictwo Literackie, 2005); "Kobieta w wynajętych pokojach" (WL 2007); 'Kasika Mowka" (WL 2010). Oraz "Owca w krzaku dzikiej róży" 2014, Wydawnictwo Szara Godzina. Firma Skorpion Arte podjęła się realizacji filmu "Kasika Mowka", opartego na jej książce. Zdjęcia rozpoczną się w 2015 roku. Mieszka z dwoma kotami, Trumanem i Kociem w Krakowie. Podobnie jak mama,
Dorota Terakowska, pisze powieści i tak jak ona nie wyobraża sobie mieszkania bez zwierzaków.
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.




WEŹ UDZIAŁ W STWORZENIU IMPERIUM SNU – PODZIEL SIĘ SNEM! Artystka Justyna Gruszczyk zaprasza do dzielenia się snami, które dzieją się w Katowicach – akcja jest częścią projektu IMPERIUM SNU, realizowaną pod patronatem Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach, gdzie odbędzie się w ramach cyklu „Drobnostki”. Najciekawsze literacko sny publikujemy na stronie ŚSG: SNY O KATOWICACH Więcej na blogu: www.imperiumsnu.blogspot.com. Polecamy!


użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
4,532,852 Unikalnych wizyt