Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

Nauczyciele są ważni
21 marca Światowy Dz...
Dobranocka nieco str...
kobieco
Dominka Lewicka-Kluc...
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Eliza Moraczewska
Eliza Moraczewska - Szczecinianka, kulturoznawca, pilot wycieczek, prozaiczka. Szczecin to jej stały punkt odniesienia, a kulturoznawstwo – drugie wyznanie. Laureatka kilku konkursów literackich, autorka powieści „Jako w niebie” (wyd. Novae Res, 2013), debiutantka Poznania Poetów (2013).






TWÓRCZOŚĆ:


"Jako w niebie" [fragmenty]





„Całe niebo aż po horyzont zasnuwały bladoszaroniebieskie chmury. Nie chciała, ale Ruisdaelowskie porównanie samo się narzuciło. Nie wiało. Może dlatego temperatura nie wydawała się radykalnie odmienna. Wzrosła wyłącznie wilgotność powietrza, co w połączeniu z odczuwalnym wciąż ciepłem dawało wrażenie ociężałości i lepkiej duszności. Został przekroczony pewien próg mieszaniny obu komponentów. Zawsze orientowała się co do tego, wchodząc do kuchni. Kafelki zaczynały się kleić, choćby nawet kilka razy umyła podłogę. W takie dni nie mogła chodzić po mieszkaniu boso. Stopy już po kilku krokach wydawały się oklejone obrzydliwą mieszaniną kurzu i potu.

Mucha, najnowsza lokatorka na gapę, zdechła i leżała teraz wciśnięta w kłaczek kurzu w kącie okna. Śmierć z nadmiaru nowych wrażeń. Udar mózgu? Może zawał. Czarna plamka na szarym tle. Agonalny skurcz. Orgazm, agonia – nóżki podkurczone. Kiecka zadarta.”

(...)

„Jako w niebie tak i na ziemi. A ziemia była zimna. Choć lato stało w pełni, choć stopy, mimo skarpetek, lepiły się do podłogi. Zdała sobie sprawę w jednym, gwałtownym olśnieniu, że ta jej mityczna Szwecja już zdobyła świat. Odległe, zamieszkane przez samotnych, zaniedbanych mężczyzn farmy i laboratoryjnie sterylne, anonimowe mieszkania kobiet po cichutku wdarły się w południowe kraje. Ich życie miało równie nikłe znaczenie co wcześniej, ale teraz żyli znacznie dłużej, a ich samotne noce i jeszcze bardziej samotne dni ściekały jadowitą trucizną z żył w ziemię i łącząc się z wodami gruntowymi, poprzez rzeki spływały do mórz i oceanów. Ich trupi, trujący, cichy jad zamrażał strumienie. Wylewał się ze studni. Spływał po nagich ciałach pod prysznicami, ścinał lodem płukaną sałatę, obmywane ręce. Lodowiec przyszedł cichaczem i zadżumił ziemię. Nie było już odwrotu. I nikt się nie zorientował.”

(...)

„Na zwyczajowym przedostatnim stopniu prowadzącym na klatkę schodową przyczaił się znajomy tłusty chłopiec. Wyjątkowo był sam. Zdziwiła się, zdając sobie sprawę, że praktycznie wrósł już w nowe dekoracje: przedostatni stopień, ręce obejmujące poręcz, zakłopotanie, nieporadność. Chłopiec nie radził sobie ani z własną tuszą, ani z brakiem akceptacji. Teraz, gdy nikt na niego nie patrzył, ta niemoc odsłaniała się w dwójnasób. Nie próbował udawać lepszego, zniknęła gdzieś maska zadufania. Wbijał oczy w ziemię, raz po raz rzucając łapczywe, choć lękliwe spojrzenia spode łba. Stopy prawie wcisnął w krawędź wyższego stopnia, ciało wygiął, usiłując wtopić je w metalową barierkę. Mały człowiek, a już cień. Dziecko, a już z w pełni rozwiniętym instynktem znikania.

Jego spojrzenie i te rzucane, spiętrzające się błyski szarych oczu opowiadały jednak inną historię. Historię drapieżnego zwierzęcia, które gotowe było obeżreć cały świat z jego czułości, troski, zainteresowania. Szczenięcia najsłabszego z miotu, które czuje tak samo jak inne młode, ale tego samego nie dostaje. Pożąda i spala się w niezaspokojonym pragnieniu.

Znała ten typ. Teraz było już za późno na ratunek. Nawet jeśli chłopiec choćby od dziś zaczął otrzymywać dużo miłości, to rachunek nigdy się nie wyrówna. Kolejna studnia, w którą być może wpadną niezliczone pocałunki, słodkie słowa i gesty, i ugrzęzną na dnie. Choć inaczej, bo przecież te studnie nie mają dna. Nigdy nie nasycone usta, nigdy niedoobjęte ramiona, nigdy niezaspokojony głód ciepła. Szwedzki lodowiec. Odmiana beznadziejna.”

(...)

„Poczuła się bezradnie i pusto. Nic i nic. Nothing and nought. Pomyślała, że nie może być inaczej, skoro niczego tak naprawdę nie zagarnęła. Niepodbite lądy, niewzięci w posiadanie ludzie po prostu odchodzą. Znikają jak przedmioty na skraju widzenia. We mgle.”

(...)

„Jądro atomowe bombardowane cząstkami zamienia się w milion nieuchwytnych okruchów. Albo zmienia swą istotę. Z węgla w diament, z prochu w puch. Upadłeś? Powstań! Podejmij ruch! I czy oni tam, naprzeciwko, raczej ulegną anihilacji, czy też narodzą się na nowo w innej, może nawet doskonalszej formie? Spowici w mleczną mgłę autowskrzeszenia. Śmierdzący niemowlęcą skórą. Holy Father, Holy Light. Use your will and turn to life. Ułożą rozproszone okruchy w nowy, błyszczący kształt. Szkło i stal. Złoto. A w kwestii złota… Naturalnie, potrafimy już w procesie atomowym wyprodukować złoto z dowolnego innego pierwiastka, jednakże ponoszone koszta znacznie przekraczają zyski. Wnioskuję więc o natychmiastowe wstrzymanie produkcji w związku z przewidywanym załamaniem gospodarczym. Pieczątka. Podpis. Naniesiony u dołu strony inną ręką dopisek „fiat”.”

(...)

„Było już po siódmej. Zabrała kubek z kawą i papierosy i przeszła do pokoju. Po drodze ubrała się pospiesznie. Żeby nie zmarznąć. Żeby nie zostać przewianą. Przy obecnie funkcjonujących kryteriach wcale nie była stara. Starość, w którą jednak głęboko wierzyła, choć wyjątkowo nie odczuwała jej dziś aż tak dotkliwie, ale która regularnie o sobie przypominała, skrobiąc żółtym zakrzywionym paznokciem po tynku skóry i organów wewnętrznych, przyniosła ze sobą również obawę przed nagłym przeziębieniem. Przykuciem do łóżka. Bezradnością. Ten kościsty paluch stukał ją w plecy z zaskoczenia i powodował, że podskakiwała nerwowo, jakby to jakiś złowieszczy potwór o horrorowym rodowodzie wciąż uważnie skradał się za plecami, by ukłuć, kiedy osłabnie jej czujność. Zaskoczenie wywoływało strach, ale nie grozę: kłucie palucha nieodmiennie w momentach jej roztargnienia nastawione było raczej na atawistyczny podryg ciała, śmieszne czknięcie złapanego na rozleniwieniu układu nerwowego. Grozę wywoływało wyobrażanie sobie jego fizjonomii, przy czym nie była aż tak głupia, aby kiedykolwiek się odwrócić. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że rozpoznanie wroga może mu wytrącić broń z ręki. I tak wiedziała, jak się nazywa: nerwica, ciśnienie i inne rzeczy kręcące się wokół układów trzymających w sieci jej ciało. Krew, limfa, nerwy otulały organizm kokonem, którego przyjemne ciepło przechodziło z upływem czasu w coraz bardziej śmiertelną pułapkę. Szelobę nosi się pod sercem.”

(...)

„Ciało poruszało się utartymi ścieżkami bez udziału woli czy refleksji. Przecież i tak w każdym mieszkaniu każdy domownik ma swoje stałe przyzwyczajenia i gdyby istniało urządzenie, za pomocą którego dałoby się to zbadać, wówczas w nadfiolecie, podczerwieni czy innym nad-pod ukazałyby się nadzwyczaj regularne ścieżki, wielokrotnie przemierzane w ciągu dnia. To zresztą dotyczyło całego świata ożywionego: przez chwilę zatrzymała się myślą przy monstrualnym obrazie pokreślonego milionami wydeptanych linii mrówczego kopca. Trzymając się utartych schematów, można całkiem nieźle przetrwać. Niektórzy przeżywają tak całe życie i nawet tego nie zauważają.”

(...)

„Tak, Wysoki Sądzie, wiedziała, że podglądanie innych jest niskim postępkiem. Naturalnie, Wysoki Sądzie, uznaje swoją winę. Nie, Wysoki Sądzie, nigdy nie postało jej w głowie wykorzystywać zdobytych w ten sposób informacji przeciwko bliźnim. W tym momencie oskarżyciel zrywa się ze swojego miejsca. Jego ręka, zakończona długim palcem wskazującym, dramatycznie przecina powietrze w geście jednoznacznego oskarżenia. Ten palec sunie nad całą połacią pustej podłogi i ponad podestem, gdzie zasiada sędzia. Biegnie w jej stronę i Iga z przerażeniem stwierdza, że zaraz wbije jej się w oko, wywierci dziurę w mózgu, a siła tego gestu spowoduje rozbryzg szarej papki. Oślizgłe strzępki ochlapią papiery, blaty i podłogę. Zbrukają jednolicie czarną, sędziowską togę i okulary okutanej w nią starszej kobiety, która jeszcze do niedawna okazywała jej sporą dozę sympatii.”

(...)

„Mężczyzna był zdecydowanie dorosły. Zachwyciło ją to określenie, które samorzutnie wykwitło na białej matrycy myśli. Nie musiała weryfikować czy analizować tej sugestii, by wiedzieć od razu, jak doskonale jest słuszna. Dorosłość to jasno określona pewność siebie, która nie zasłania się i nie mąci serdecznością czy jakimkolwiek rodzajem ogólnej sympatii bądź antypatii. Nie jest nerwowa, nie unosi się, nie zna nadmiaru. Stateczna jak opoka, jak wymiona Magna Mater, na równi uśmierza uśmiech, pięść i wzwód. Ni popędliwa jest, ni rozbuchana. Nie ponosi jej zawrót głowy, nie zna ekstazy. Jeśli mściwość jest jej udziałem, to o kamiennej twarzy. Zimna i skuteczna. Jeśli gwałt, to bez przyjemności. Jeśli mord, to bez zbędnych słów. Mężczyzna był dorosły. Zimny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Odechciało jej się towarzystwa.”

(...)

„Dobrnęła do pierwszej napotkanej ławki i drżącymi palcami wysupłała z paczki papierosa. Mężczyzna oddalił się do samochodu, nie posławszy jej już najdrobniejszego spojrzenia. Próbowała zmusić się do koncentracji. Musi wreszcie zrobić sensowne zakupy. Była jednak roztrzęsiona do tego stopnia, że sprzedawczyni w sklepie warzywnym przywołała ją w końcu do porządku: kolejka za plecami Igi niepokojąco się wydłużyła, a ona stała jak ogłupiała i po raz kolejny próbowała wygrzebać z pamięci następną nazwę produktu, którego teoretycznie koniecznie potrzebowała. Ileż to życie wymusza znajomości rzadkich słów. Nazwy warzyw i owoców wybuchały jej w głowie jak łacińskie nazwy egzotycznych motyli. Kalarepa. Cukinia. Brokuły. Winogrona. Szkoda, że nie można już kupić brukwi. To taka piękna nazwa. W jej głowie rozbłysnął kolejny fajerwerk: brukiew! I w tym momencie sprzedawczyni uderzyła pięścią w ladę.”

(...)

„Po drugiej stronie ulicy panowała głucha cisza. W sumie zdumiałaby się, gdyby było inaczej. Po tak intensywnym dniu świat powinien się zatrzymać. Powiedzieć, że to zbyt dużo jak na jego wytrzymałość i prędzej padnie, niż postawi choćby jeden krok więcej. Tym bardziej jednak z przykrością odnotowywała ów zastój po gwałtownych torsjach dzisiejszych wydarzeń. Po raz pierwszy zdarzyło się, żeby Monika nocowała poza domem. Mężczyzna wybiegł w nerwach. Nie wracał i nic nie zapowiadało zmiany tego stanu rzeczy. Kobieta widocznie szybko poszła spać, bo już o dziesiątej zgasło światło w ich sypialni. Światło, które zlokalizowała przez obecność kochanki – pomyślała z przykrością. Światło życia. Światło śmierci. Każdemu jest potrzebny kawałek cienia, o tak, bez wątpienia. A bez światła cienia nie ma.

Niezbyt pewnie czuła się w pustym mieszkaniu. Zawahała się w progu balkonu. Cień zemknął w kąt. Dojrzała tylko jego niefrasobliwie rozrzucone ręce: cienka warstewka zakrzepłej na szklance rosy. Szkliste odbicie. Niczym mrożona herbata z półprzezroczystym szronem, niepozwalającym na rozpoznanie konturów. Coś w tle widać, ale co? Niepokój wynikający z niewiedzy o wiele bardziej, aniżeli z obawy. Nierozpoznane zagrożenie.

Jeśli ukrywasz się zbyt długo – w końcu znikasz.”

(...)

„Liście jabłonek zabarwiły się na brzegach rdzawym konturem. Wczoraj wieczorem spadł deszcz i odświeżył popękaną ziemię. Iga straciła świadomość miesięcy. Byłżeby to jeszcze wrzesień?

Przeciwległy ogród zawierający w sobie wszystkie ogrody świata. Żywopłoty z bukszpanu z uciekającym między nimi białym królikiem w kraciastej kamizelce. Zamknięta furtka, za którą czają się rozkosze Wschodu, a od której klucz zaginął kilka dekad temu, tak że nawet najstarsi zachowali w pamięci tylko wytartą kalkę bladego wspomnienia.

Iskała nadgryzione liście smutku.

Trzeba zgasić przywiązanie.

Zapalić żagiew silnej woli.

Wyjść na spotkanie z kamieniem w dłoni.

Po raz nie wiadomo który sięgnęła na oślep po papierosa. Po raz nie wiadomo który przycupnęła na taborecie. Letnim dekoracjom przeczyły resztki zadumanej przy krawężnikach wody. Zacieki po kałużach. Wspomnienie po deszczu. Letnie dekoracje wspierał żarzący się oddech gorącego powietrza. Słońce za chmurami, zasnute, choć obecne. Letnim dekoracjom przeczyły rdzawe liście.

Nie mogła zdecydować, czy kolor liści wynika z wysokiej temperatury, czy raczej jest konsekwencją pory roku. Straciła zainteresowanie miesiącami. Kalendarz kuchenny wciąż wskazywał koniec sierpnia. Od wielu dni, a może tygodni, nie oderwała żadnej kartki. Niespecjalnie nawet zdziwiła się, gdy zdała sobie sprawę, że lepiej wie, o której mężczyzna wyjechał wczoraj do pracy, niż jest świadoma dzisiejszej daty. Człowiek skurczony do zegarka. Rozciągnięty między punktami mieszkania, w których, porozstawiane po kątach, kwitną maszynki do mierzenia czasu. Samotny człowiek ograniczony do godzin z cudzego kalendarza. Samotna kobieta – poprawiła się w myślach. Kobieta. Nie człowiek. A samotność to równie względna sprawa.”





Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
6,189,399 Unikalnych wizyt