Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

21 marca Światowy Dz...
Dobranocka nieco str...
kobieco
Dominka Lewicka-Kluc...
WIERSZE NA WSKROŚ MI...
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Godej do mie po naszymu - Joanna Kern i Ewa Parma
Fragment książki Joanny Kern i Ewy Parmy pt. "Hajer Blues i inne historie"



„Godej do mie po naszymu”


- Dziołcha, godej do mie po naszymu - mówi do mnie Mauga, moja przyjaciółka malarka, gdy rozpoczynam z nią rozmowę „czysto po polsku”.
Mauga i ja mieszkamy w Krefeld, niemieckim mieście oddalonym jakieś 1000 km od Katowic, z których obie pochodzimy.
Należymy do tej grupy Slązaków, która niedługo po zakończeniu stanu wojennego opuściła Polskę. Rozczarowanie sytuacją w kraju, mężowie i żony czekające od dwóch lat w Niemczech, bo tam zastał ich stan wojenny, ich strach przed powrotem i tego konsekwencjami, wreszcie niejasna przyszłość tych, którzy tak jak ja działali w Solidarności - to tylko niektóre przyczyny naszego wyjazdu z kraju.
Z moimi śląskimi korzeniami, wykształceniem polonistki, nigdy nie przyszło mi wcześniej do głowy, że też kiedyś będę pakować walizkę i wsiadać do pociągu na dworcu w Kędzierzynie, z biletem do Duisburga w kieszeni. W tej samej kieszeni miałam kartkę z jednym zdaniem napisanym przez moją mamę po niemiecku, bo tyle była jeszcze w stanie sobie przypomnieć : „Ich möchte in Duisburg aussteigen”. Moja znajomość niemieckiego ograniczała się wtedy do słowa Aschenbecher, które zapamiętałam z pobytów u teściowej mieszkającej na wsi koło Koźla. Widząc, że zapalam papierosa, stawiała mi przed nosem popielniczkę i mówiła - „dziołcha, tu mosz Aschenbecher”.
Jechałam do męża, którego nie widziałam dwa lata. Miałam paszport z wizą na kilka tygodni i tydzień urlopu ze szkoły. Ten tydzień miał zadecydować o moim dalszym życiu.
I zadecydował.
Rozczarowania ostatnich 15 lat oraz „dobra rada” funkcjonariusza SB udzielona w rozmowie przed wydaniem mi paszportu były na tyle skuteczne, że ułatwiły mi podjęcie decyzji o pozostaniu w Niemczech. „Nielegalnym” - jak się wtedy mówiło.

Kiedy w 1968 rozpoczęły się rozruchy studenckie, byłam na drugim roku polonistyki w Opolu. Wraz z innymi brałam udział w demonstracjach, strajku okupacyjnym uczelni, pracowicie pisałam i roznosiłam ulotki z hasłami o zniesieniu cenzury i wprowadzeniu prawdziwej demokracji. Do końca życia nie zapomnę momentu, gdy jak zbite psy, w wyniku postawionego nam ultimatum, opuszczaliśmy uczelnię po strajku okupacyjnym. Teren uczelni otoczony był milicją i ZOMO, w bezpośrednim starciu z nimi nie mieliśmy żadnych szans, w dodatku kilku kolegów i moja przyjaciółka Magda siedzieli już w milicyjnym areszcie lub opolskim więzieniu. Gdy ich sądzono potem z paragrafu o chuligaństwo, sędzia chciał usunąć nas z sali sądowej, bo głośno protestowaliśmy przeciwko takiemu zakwalifikowaniu sprawy. My byliśmy chuliganami? To było nie jak policzek, to był potężny kopniak. Dopiero po latach zrozumiałam, że nasi koledzy mieli szczęście, że byli „chuliganami”, a nie „politycznymi”. Pojęłam, że byliśmy tylko pionkami wykorzystanymi do rozgrywek „na górze”. Myśleliśmy,że gramy główne role, a byliśmy tylko statystami. Kurtyna zapadła,przedstawienie się skończyło.
I tylko się potem dziwiliśmy, że nagle z uczelni zniknęło kilku wykładowców,po kątach szeptano coś o Izraelu, a niektóre miernoty zajęły wyższe stanowiska.

Tematem mojej pracy magisterskiej był folklor śląski. Zbierałam do niej materiały w opolskich wsiach. Moi narratorzy mówili gwarą, pielęgnowali swoje tradycje i cieszyli się, że my młodzi chcemy słuchać, „jak to piyrwyj bywało”. Przebywając z nimi zrozumiałam, że nie muszę się wstydzić moich śląskich korzeni, mojej gwary, mojego śląskiego akcentu, który i tak był rozpoznawalny, chociaż wtedy jeszcze bardzo starałam się go wyzbyć.
To były lata, które ugruntowały moją tożsamość, uświadomiły mi moje pochodzenie, nauczyły być Slązaczką. To, że uczelnia nie zgodziła się na mój doktorat z folklorystyki, bo podobno nie było takiego zapotrzebowania społecznego, jeszcze bardziej te uczucia umocniły. Jakby na przekór, zaczęło mnie wszystko co śląskie interesować, ale jak też wkrótce mogłam się przekonać, poza oficjalną wersją z podręcznika niewiele więcej można było się dowiedzieć. Pozostały ustne przekazy żyjących jeszcze świadków historii, chociaż wielu z nich nie chciało mówić. Dlaczego - tego powoli dowiadujemy się dopiero dzisiaj.
Jestem wstrząśnięta fragmentem książki „Piąta strona świata” Kazimierza Kutza o”ślubowaniu wierności Polsce”:
„Ci, których do ślubowania nie zapraszano, albo im prawa do niego odmawiano, szykowali się do wyjazdu. Ale w wielu przypadkach lądowali w poniemieckich lagrach - w Mysłowicach, Siemianowicach lub w Swiętochłowicach - tracili w nich życie bez poszanowania praw, jakie należą się istocie ludzkiej. Mam nadzieję, że nadejdzie czas, kiedy wolno będzie mówić o polskim Auschwitz dla Slązaków.”
Gdy 27 lat temu opuszczałam Sląsk, ta część historii była skrzętnie ukrywana także przez samych Slązaków, strach przed represjami był większy, niż rozpowszechnianie prawdy. Ci, którzy wiele lat po zakończeniu wojny wsiadali do pociągu jadącego w stronę zachodniej granicy nie robili tego dlatego, że czuli się Niemcami, nie, oni byli dalej Slązakami - oszukanymi, poniżanymi i wykorzystanymi w powojennej ojczyźnie. Czy o taki polski Sląsk walczyli i ginęli nasi dziadkowie w powstaniach?
Ten fragment książki Kutza czytałam w Krefeld moim starszym znajomym z Katowic, Chorzowa, Bytomia. Nikt z nich nie był tym zaskoczony. Wszyscy z nich mogli wymienić kogoś z rodziny lub sąsiadów, który w takim obozie się znalazł i z niego nie wrócił. My, urodzeni po wojnie, historię Sląska znamy tylko we fragmentach, pięknie skrojonych według potrzeb polityków z Warszawy, którzy po Niemcach pokazują Slązakom, gdzie ich miejsce.
Tym bardziej więc pocieszającym jest fakt, że Slązacy byli w stanie zachować swoją tożsamość, pomimo tłamszenia, „udupiania” - jak mówi Kutz - „...wyprostowali plecy”. Mowa tu o 173 tysiącach Slązaków, którzy w czasie spisu powszechnego w 2003 roku wpisali w ankiecie narodowość śląską.
Od 27 lat obserwuję w Niemczech swoich rodaków. Zachowanie własnej tożsamości na obczyźnie jest trudniejsze niż by się wydawało, łatwo wtopić się w tutejszą wielonarodowościową społeczność, zapomnieć o własnych tradycjach, mówić i czytać tylko po niemiecku. Wśród moich znajomych nie ma takiej osoby, a przynajmniej ja takiej nie znam. Mówimy śląską gwarą i po polsku, bo mamy też przyjaciół „goroli”, spotykamy się na śląskich imprezach, czytamy polskie książki i gazety, w domach mamy polską telewizję i radio, dzieci uczą się w szkole języka polskiego, a z domu znają gwarę. Niby to takie proste i oczywiste, racja, ale dla tych, którzy mieszkają w Polsce. Tutaj trzeba tego chcieć, samemu trzeba się o to postarać. Nic z tego też nie dostaliśmy od Niemców w prezencie.

Decydując się wtedy na „nielegalne” pozostanie w Niemczech wiedziałam, że na długo, a może na zawsze zamykam sobie drogę do Polski. Na Sląsku pozostała rodzina, przyjaciele, urządzone mieszkanie. Co naprawdę oznaczała ta decyzja przekonaliśmy się z mężem po raz pierwszy, gdy zmarł jego ojciec, potem jeszcze inni krewni, a my nie mogliśmy pojechać na ich pogrzeby.
Wiedziałam, że osoby osiedlające się w Niemczech legalnie, które przyjeżdżały w ramach łączenia rodzin, a nie zrzekły się przed wyjazdem polskiego obywatelstwa, wymieniają w ambasadzie polskiej swoje paszporty na konsularne. Dla „uciekinierów” takiej możliwości nie było. Rozpowszechniane plotki, że kto z takich jak my przekroczy teren ambasady, jest wsadzany do samochodu i odwożony na lotnisko, a stamtąd odlatuje prosto do Polski, skutecznie odstraszały od osobistych tam odwiedzin. Zaczęłam więc z ambasadą korespondować. Wiedziałam, że nie istnieje oficjalnie w polskim prawie paragraf, który by karał polskiego obywatela za osiedlenie się w innym kraju. To był mój główny argument. W odpowiedzi na mój pierwszy list polscy urzędnicy poradzili mi zrzec się polskiego obywatelstwa i postarać się o niemiecki paszport. O niemiecki paszport nie musiałam się starać, bo go już miałam, z racji urodzenia w dawnym powiecie pszczyńskim, należącym do 1945 roku do księcia von Pless.
W następnych listach pisałam o swoich prawach jako obywatel polski, udowadniałam dalej brak przepisów i oficjalnego uregulowania statusu „uciekinierów” w świetle prawa, powoływałam się na prawa człowieka, tłumaczyłam, że zamieszkanie w innym kraju nie oznacza zdrady i nie jest przestępstwem.
I stał się cud!
Po trzech latach korespondencji nadeszła ta tak długo upragniona odpowiedź.
Polecono mi załatwienie tak zwanej „obiegówki” w ostatnim miejscu zamieszkania w Polsce. Chodziło o zaświadczenia z miejsca pracy, spółdzielni mieszkaniowej i banku, że nigdzie z niczym nie zalegamy. Te zaświadczenia zdobyła dla nas rodzina. Wysłałam je do ambasady, a po roku, dokładnie 8 października 1987, stałam się posiadaczką paszportu konsularnego.
Byłam pierwszą w Niemczech „uciekinierką” z takim paszportem i w ten sposób otworzyłam drogę innym. Następnym był mój mąż, bo nawet on nie wierzył, że mi się to uda i czekał na zakończenie moich wysiłków, pukając się w czoło.
Wtedy jeszcze nawet nie byliśmy w stanie sobie wyobrazić, że już za kilka lat wszystko się zmieni, że przestanie istnieć socjalizm, że runie berliński mur, znikną granice, a nasze tak gorąco pożądane konsularne paszporty staną się tylko pamiątką po tamtych nie najlepszych czasach.
Co oznaczało to dla nas „uciekinierów”?
Dla wielu, którzy przedtem mieli dość sporadyczny kontakt z krajem, była to możliwość nawiązania zerwanych więzi, odnowienia przyjaźni, w dziwny sposób te 1000 kilometrów od rodzinnego domu stało się nagle krótsze. Niektórzy jechali do Polski po raz pierwszy od wielu lat, nawet ci, którzy przedtem zarzekali się, że tego nie zrobią, rozgoryczeni i zniechęceni trudnościami przy wyrabianiu wiz wjazdowych.
Przed laty, gdy zdecydowałam się tutaj pozostać, często zastanawiałam się nad tym, jaka będę ja sama za lat dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści. Jakim językiem będę się posługiwać, w jakim języku myśleć, jakie książki czytać?
Zrezygnowałam z zawodu nauczycielki, zdobyłam inny, który daje mi wiele zadowolenia i satysfakcji. W pracy mówię po niemiecku, w domu gwarą śląską, z przyjaciółmi Slązakami po śląsku, z przyjaciółmi „gorolami” po polsku. Czytam książki po niemiecku i po polsku, tych po polsku jednak więcej. Z każdej podróży do Polski przywożę ich sporo, zamawiam też w księgarniach wysyłkowych, jestem na bieżąco z nowościami. Ostatnio polecałam mojej znajomej mieszkającej w Katowicach książkę Kutza, co mnie samą rozbawiło. Książki powoli nie mieszczą się na półkach, stoją „podwójnie”, część powędrowała już do miejskiej biblioteki na półkę z polskimi książkami.
Po tych 27 latach wiem jedno. Człowiek pozostanie do śmierci tym, kim się urodził. Urodziłam się Slązaczką i Slązaczką pozostanę. Nie zmieni tego fakt, że nie mieszkam na Sląsku, bo miejsce zamieszkania nie ma z tym nic wspólnego. To jest to coś, co tkwi w świadomości człowieka i każe mu tęsknić za miejscem urodzenia, każe do tego miejsca wracać i o nim myśleć.
No bo jak wytłumaczyć fakt, że ludzie w podeszłym wieku podejmują uciążliwą podróż, żeby po raz ostatni zobaczyć rodzinny dom, lub to, co z niego zostało? Co skłania młodych, tutaj urodzonych, do odwiedzania rodzinnych stron rodziców, do uczęszczania na kursy języka polskiego? Dlaczego moja znajoma, amerykańska poetka Linda Nemec-Foster, po upływie niemalże wieku od wyjazdu jej dziadków do Ameryki, przyjeżdża do Polski i szuka śladów po rodzinnym gnieździe, szuka krewnych, uczy się historii rodziny i Polski? Oto jak pisze o niej Marta Fox w książce „Swięta Rito od rzeczy niemożliwych”:
„Linda - dziewczynka uwielbia z rana truskawki ze śmietaną, dwa talerze krupniku na obiad oraz „tyskie”. Także długie nocne rozmowy - jak hanys z jankesem.” Tu mowa o spotkaniu w Katowicach. „Linda - marzycielka tęskni za Poską jak szalona, wielbi Szymborską i Zagajewskiego, ruskie pierogi i śląskie kluski, a jej marzeniem jest cichy kącik z widokiem na Wawel i praca z polskimi studentami.
Ponad wszystko jest jednak podróżnikiem w czasie. Jako pierwsza i jedyna powraca po dziewięćdziesięciu latach do miejsc, z których wyruszyli jej dziadkowie po swe amerykańskie marzenie. Ona urzeczywistnia ich i swoje marzenie o powrocie do Domu.”
Ten powrót Lindy do Domu - to powrót do korzeni.
I tu nie chodzi o to, czy musieliśmy albo nie musieliśmy wyjeżdżać. Wolność polega na tym, że człowiek sam decyduje o tym, kiedy i dokąd chce pójść, sama tłukłam to moim uczniom do głów omawiając – nomen omen - „Niemców” Kruczkowskiego.Zdradza dopiero wtedy, gdy wyrzeka się samego siebie, odcina się od tych właśnie korzeni. I to było to, co usiłowałam wytłumaczyć urzędnikom polskiej ambasady, gdy walczyłam o paszport konsularny, a oni doradzali mi zrzeknięcie się polskiego obywatelstwa.

Wśród moich znajomych przeważają Slązacy. Wiem, że nie czują się Niemcami, ale nie czują się też tak naprawdę Polakami. Inaczej nie istniałby dalej ten podział na hanysów i goroli. Nawet tutaj. Pomimo, że ci z Pomorza czy innych stron Polski wyemigrowali na tych samych prawach. Słowo gorol u Slązaków ma wydźwięk pejoratywny, jest słowem obraźliwym i używa się go tutaj w takim samym znaczeniu jak na Sląsku. Chociaż udało mi się też usłyszeć to określenie w sytuacji bardzo komicznej. Otóż mąż sąsiadki Slązaczki jest Irańczykiem. Małżeństwem są już od wielu lat, więc siłą rzeczy nauczył się mówić trochę po śląsku. Kiedyś jechałam z nim i z jego irańskim kolegą windą i gdy winda stanęła, a kolega guzdrał się przy wychodzeniu, nagle usłyszałam jak Irańczyk mówi do Irańczyka po śląsku: „wyłaź wreszcie gorolu”.
Ale nie tylko mówiąc gwarą, świadomie określamy naszą przynależność. Slązacy w Niemczech są bardzo czynni, prowadzą różnego rodzaju działalność z pożytkiem dla wszystkich.
Wtedy, gdy nie mieliśmy jeszcze takiego powszechnego dostępu do polskiej prasy, pierwszą gazetę w języku polskim zaczął wydawać Slązak.
Rodzice dzieci w wieku szkolnym wystąpili do ministra szkolnictwa z prośbą o nauczanie w szkole języka polskiego. Irena Zejmo,polonistka i poetka, uczy w Krefeld języka polskiego już od dziesięciu lat. W Wierszu „Emigracja” z tomiku „Nasionko dmuchawca” tak pisze o sobie:
„W całym upadku
świata najbardziej
żal mi
dzbanuszka z utłuczonym
dziobkiem
i zaczytanej książki
o Nemeczku”

Wspomniana na początku Mauga to Mauga Houba-Hausherr, malarka pochodząca z Katowic, potem związana z Opolem. Od ćwierć wieku mieszka w Krefeld, ale od kiedy zniknęły granice, swoje życie dzieli pomiędzy Krefeld i opolskie Biestrzynniki. Maluje w Niemczech i na Sląsku. Powstają cykle obrazów ze śląskimi pejzażami, obrazy przedstawiające ludzi, scenki rodzajowe, cykl poświęcony wiejskim kapliczkom. Można je oglądać na licznych wystawach w wielu niemieckich miastach, a od 2008 roku również i na Sląsku.
Mauga - uznana i ceniona w Niemczech malarka, nigdy nie zapomniała swoich korzeni, podkreśla to zawsze w czasie wernisaży, a jej obrazy ze śląskimi motywami wiszą nie tylko w prywatnych domach, ale również w państwowych instytucjach.
O tym, jak bardzo to poczucie śląskości jest w nas zakorzenione, mówi też inne zjawisko, które obserwuję od kilku lat. Od kiedy dostęp do internetu stał się codziennością, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać w Niemczech śląskie internetowe rozgłośnie radiowe. Prowadzący audycje mieszkają w różnych miejscowościach, nadają z własnych mieszkań, zsynchronizowanie programu przez szefa redakcji wymaga nie lada sztuki i wysiłku. A programy są nadawane codziennie. Do tych najbardziej popularnych należą Radio Bercik, Sląskie Radio i Radio Wesołe Slonzoki.
Na swojej stronie internetowej tak promuje się Sląskie Radio:
„Kochani Słuchacze!
Serdecznie witomy na stronie Sląskiego Radia. Stworzyli my radio kere mo łączyć wszystkich Słuchaczy poprzez śląsko kultura, godka i muzyka. Bydymy Wom przypominać Wasze rodzinne strony - pielyngnować wspomnienia, ale tyż podować świeże nowiny. Zaproszomy Wos do słuchanio naszego radyjka.”
Jeden z redaktorów pokusił się nawet do napisania „Ody do śląskiej gwary”, która zaczyna się słowami:
„Gwaro nasza, śląsko gwaro,
zabić Cie nie idzie.
Kto tu rządził, to próbowoł
i zawsze plajtowoł.”

Dodać należy, że audycje cieszą się bardzo dużą popularnością. Działalność redakcji radiowych nie ogranicza się wyłącznie do audycji, organizują również różnego rodzaju spotkania, festyny lub koncerty, na które zapraszają zespoły z Polski.

Kim więc właściwie jesteśmy, tutaj, na niemieckiej ziemi, oddaleni setki kilometrów od miejsca urodzenia, od naszej małej Ojczyzny, naszego Heimatu?
Nasza sytuacja przypomina trochę tę ze Sląska. Dla Slązaków przyjezdni byli gorolami, takimi „gorolami” jesteśmy teraz my dla Niemców. Zyjemy wśród nich, ale tak naprawdę obok nich. Mówimy innym językiem, mamy inne tradycje, inne problemy. I nawet ćwierć wieku nie było w stanie wiele zmienić. I dalej w wigilię jemy karpia i makówki zamiast Würstchen mit Kartoffelsalat, w kościele przyjmujemy komunię „na język” zamiast „do ręki”, a przed świętami stoimy w długiej kolejce po szynkę u śląskiego rzeźnika.
I może to właśnie o to chodzi?

Marzec 2010 - Joanna Kern


Esej "Godej do mie po naszymu" otrzymał wyróżnienie na konkursie opolskiego dwumiesiecznika spoleczno-kulturalnego "Strony". Połączony jest z wierszem Ewy Parmy "Fortepian Szopena w miescie Krefeld".




"Fortepian Szopena" w mieście Krefeld

W niemieckim mieście Krefeld
chodniki są równe i czyste,
żadna płyta nie sterczy
pod niewłaściwym kątem.
Kolorowi i biali emigranci
nie palą aut ani skrętów,
ich emocje regulują
Sozial i Arbeitsamty.
Pijaków i psie odchody usuwa się
z ulic szybko i dyskretnie.
Niewyobrażalne, by miał tu z nieba
spaść fortepian i roztrzaskać się
na miazgę ze wściekłym łoskotem;
raczej by zawisnął w niemym wstydzie
nad dachem świeżo odnowionej kamienicy.

...i jak tu oszaleć, Cyprianie?
Nie wypada, po prostu.
Lepiej zmieść słowiańskie smutki
i okruszki gorzkiego chleba do walizki
i wrócić na Wschód zanim
akuratny dozorca bez łez
i bez uśmiechu pozamiata
zeschłe kwiaty po ostatniej ceremonii
w do końca obcym mieście.

Ewa Parma Katowice, 11.01.2006.




Joanna Kern. U.. 1948. Absolwentka filologii polskiej w WSP w Opolu. Pracowała jako nauczycielka języka polskiego. Od roku 1983 przebywa w Niemczech. Po ukończeniu gerontopsychitrii pracowała jako terapeutka ludzi w podeszłym wieku. Publikuje w polskich czasopismach: "Sląsk", "Strony" i "Indeks". Organizuje wystawy malarskie i reżyseruje przedstawienia teatralne. Mieszka w Krefeld.

Ewa Parma. Ur.1961. Anglistka. Debiutowała w roku 1987. Publikowała poezję, prozę i tłumaczenia poezji w polskich i amerykańskich magazynach literackich. Wydała tomiki "Tylko dla modliszek" i "W strefie ognia". Mieszka w Katowicach.

Książkę w Polsce można kupić w księgarniach MATRAS, w Niemczech u autorki - Joanny Kern.
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
6,114,485 Unikalnych wizyt