Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

Marek Przybyła i jeg...
Nauczyciele są ważni
21 marca Światowy Dz...
Dobranocka nieco str...
kobieco
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Janina Szołtysek
Janina Szołtysek - rocznik 1961. Urodziła się i mieszka w Mikołowie. Ukończyła filologię polską, jest polonistką w szkole podstawowej.
Wydała dwie okazjonalne publikacje książkowe o charakterze historyczno-wspomnieniowym, przy współpracy z Sejmikiem Województwa Śląskiego oraz Miejską Placówką Muzealną i Miejską Biblioteką Publiczną w Mikołowie.
Publikuje wiersze w „ZNAJ”, czytana w Poczcie Poetyckiej Radia Katowice.




TWÓRCZOŚĆ:



POEZJA:



ballada o śląskim flagowaniu

kiedy już odfruną wszystkie gołębie
będziemy się kochać
w dębowym łóżku mojego dziadka

stary mężczyzna to archetyp
dowód na istnienie świata

a potem ukręcisz łeb ostatniemu młodzikowi
na zupę dla naszego synka
powiesz
że za późno się urodził




kolejką jak potokiem

Wczoraj śniło mi się, że w białej sukni jadę kolejką
linową na własny ślub. Pewnie powróciło wspomnienie
z dzieciństwa, gdy byłam w chorzowskim parku.
Oj, bujało bardzo, a ja z przerażeniem patrzyłam za siebie;
po co ciągnę za sobą tylu gości. Nie obchodziło mnie nawet,
kto jest tym wybranym. Widocznie po latach bycia mężatką
to nie ma już znaczenia. Martwiłam się tylko, w jaki sposób
zwiozę wszystkich z powrotem. Poczciwa stara elka
po zmierzchu nie kursuje.




Martwa natura

Powróciły we śnie, irracjonalnie martwe
z otwartymi oczami. Na gołym drzewie
czarno-biała ikebana. Nieruchomo chłodne;
twarde jak szkło zwisały czerwonymi dziobami.
Spod ich skrzydeł młode, niczym przeźroczyste
sople na zmrożonych sznurkach. Chełmoński?

Pomyślałam, że gdybym umiała malować,
niejeden chciałby je mieć w salonie.




prażone kasztany

nie musisz ich dla mnie przywozić z Grenoble.
wystarczy, że obiecałeś, choć wcale nie prosiłam,
a ja pomyślałam, że dotąd nikt tego nie zrobił.
na pewno nie zdążę skosztować wszystkiego,
więc żal pozostanie zawsze ten sam. teraz będę
tylko twierdząco odpowiadać na trudne pytania.
tak, jestem szczęśliwa, nosząc w kieszeni te z drzewa
na pobliskim podwórku. od jesieni do kolejnego spadania.
mogę wyobrazić sobie posmak nerkowca. sparzyć język
jedząc pieczone kartofle.




chora wyobraźnia

mówiła cicho, aby go nie spłoszyć,
że tyle mogliby sobie dać,
gdyby tylko zechciał.
a on dziwił się swojemu zdziwieniu:
następny wiersz będzie o demonach – powiedział.

zakładam, że nic nie czujesz, gdy jestem blisko.
to znacznie prostsze, niż zrozumieć pragnienia.

nawet gdy w myśli zdejmuje fioletową rękawiczkę,
by poczuć ciepło jego dłoni, (żałuje, że ją założyła)
nie wierzy w prawdę tego dnia, bo zapomniał ją uszczypnąć.
bez sensu włącza wycieraczki, zgarnia śnieg z szyb
samochodu, aby być bliżej światła. on pali, wypali
te ostatnie minuty. pożegna ją, a później rozjadą się; każde
w swoją stronę. najkrótszą z dróg trafi pierwsza do siebie.
wystarczy tylko rozpoznać jeden szczegół, by przetrwać .

zakładam, że nie pamiętasz, kiedy i gdzie spotkaliśmy się pierwszy raz

ma jednak nad nim lekką przewagę.
nie wychodziła przecież z domu.




wypłoszeni

pamiętam ich niepokój
i niskie loty zwiastujące deszcz

dziś pod pułapem
puste jaskółcze gniazda jak strupy
swędzą wspomnieniami

w oddali
uśpione horyzonty
oparły się o zapalny piryt
przykryty mchem jak gazą

w miejscu gdzie wnętrze ziemi
wyśliznęło się karbonem

jeszcze wczepimy się
czarnymi haczykami
w muszle z masy perłowej

przytulimy do ptaków.




coraz bardziej sterylnie

nie pytaj o prawdę, bo takiej już nie ma.
ta ziemia zapada się coraz bardziej,
a samym językiem nie da się skleić pęknięć.

dziś rodzą się inne dzieci, ze szlachetnością
czarnej porzeczki i cieńszą łupiną orzecha
zakiełkują w każdym miejscu.

jesienią znów zasychać będą kwiaty,
bocianie gniazda wyłuskane tarcze
słoneczników.




PROZA:


U Pana Boga za piecem najlepiej, gdy zaśniesz

A gdyby Ojczyznę opowiedziała śląska rajcula, bolałoby mniej?

Historia dziadka Jana, huzara, powstańca śląskiego, który ranę w głowie nosił
skrzepem do pięćdziesiątego szóstego roku, i jego synów, spośród których dwaj,
Piotr i Paweł, depozytem, w kopercie zamykającej młodość, wrócili do domu.

Ukryci jak pamięć, w chlewiku, przed oczami życzliwych sąsiadów; a jednak
sowieci, gdy weszli, wiedzieli, gdzie przerzucić węgiel, i karabin ojcu do skroni
przystawili. Najmłodszy, sześcioletni, uratował mu życie, gdy dziecięcymi rękami
objął jego kolana.

Opowieść o braciach, z których jeden, jako żołnierz Wehrmachtu, spoczął pod
Riazaniem, a drugi sprzed drzwi seminarium, powołaniem w mundur sowiecki
ubrany, powrócił między swoich na Cmentarz Rakowicki, prawie jak karmelita
bosy, kończy się pytaniem:

Którego matka kochała bardziej, kiedy ojciec, podobnie jak w roku dwudziestym
pierwszym, zza bifyja w kuchni wyjmował na przemian, z rozwagą, różne flagi,
by nie pomylić swojej lojalności?


Może najmłodszego, który w pochodzie pierwszomajowym na trąbce wygrywał
Ukochany kraj, umiłowany kraj, a później z kieliszka spijał tę miłość i dzieciom
o Kazachstanie opowiadał, z wiarą, że prawda wypłynie kiedyś z niejednego
gardła, że jeszcze doczekają…

A może córkę, która, by wzbudzić litość, po wielekroć opowiadała historię o tym,
jak żołnierz w mundurze feldgrau, wczesnym rankiem, zimową porą, gdy wracała
z rorat szedł za nią, by przed furtką rozpłynąć się we mgle? Na nowo odczytała to
zdarzenie, kiedy smutny briftryjger Zuschrift z frontu przyniósł, że Freiter Georg,
dla niej Jorguś, Eisernes Kreuz otrzymał pośmiertnie; nawet dzieci mieć nie zdążyli.

Wszyscy byli z tych samych Czajów z opolskiego, spod Anabergu przyszli,
wśród nich ciotka Teresa, która ze zmarłymi rozmawiać umiała, ludzi leczyła
i pleśniawki z czarnego języka wypalała, aby można było bez bólu wyśpiewać:
Tyś ukochała synów, co dziś w mogile drzemią,
bo kiedyś poszli walczyć o Ciebie, Śląska Ziemio…


Nie przenoś nas Matko Piekarska na inną ziemię, tam też nie jest łatwiej- modliła się
oma Zofijka- wyhaftuję Ci nową serwetę z bratkami w kolorze chabrowych oczu.
A ty nie chodź, wnuczko, za las; granice ojczyzny nie są tu wyraźne. Tam pod zrębem,
ludzie konia z głodu zjedli, a w Paniówkach, w czterdziestym piątym przesunęła się
biało-czerwona cienka nić w oczach radzieckich oswobodzicieli i usłana została
ziemia ciałami dziesięciu niewinnych, po czterech w jedną trumnę wkładanych.


Najlepiej u Pana Boga za piecem przykucnąć, jak robił to drugi dziadek, Hanik,
Przeczekać, aż wykiełkuje zboże, a potem historia słomianą miotłą zmiecie resztę
pod stół, pod nogi Europy, bez granic, ohne Grenzen.
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
6,314,908 Unikalnych wizyt