Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

Marek Przybyła i jeg...
Nauczyciele są ważni
21 marca Światowy Dz...
Dobranocka nieco str...
kobieco
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Marzena Orczyk-Wiczkowska
Marzena Orczyk-Wiczkowska - autorka debiutanckiego tomiku pt. „Grypsy z Panoptikonu” (MaMiKo 2010). Laureatka wielu konkursów literackich i poetyckich, m.in. ogólnopolskich konkursów im. R. Wojaczka, St. Grochowiaka, K. Ratonia, J. Bierezina (nominacja do nagrody głównej). Nagrodzona Poetycką Nagrodą R.M. Rilkego (Sopot 2011). Debiutowała w 2003 r. w miesięczniku społeczno-kulturalnym „Śląsk” opowiadaniami oraz wierszami. Publikowała także m.in. w „Arkadii”, „Migotaniach, Przejaśnieniach”, „Nowym Zagłębiu”, „Toposie”, „Frazie”, ArtPapierze”, „Neurokulturze”.
Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego (kierunek: psychologia). Oprócz wierszy, pisze także krótkie formy prozatorskie. Mieszka i pracuje w Dąbrowie Górniczej.




TWÓRCZOŚĆ:




POEZJA:


wszyscy jesteśmy podejrzani. zima


sędzia sądu najwyższego siedzi nad aktami
ponętnej blondynki. w tym samym czasie
pierwsze płatki śniegu dostarczają alibi
uczniom szkoły podstawowej. zjazd na sankach
przynosi o wiele więcej wrażeń niż cała
dekada pracy wspomnianego sędziego,
który teraz parzy herbatę, dolewa rumu,
gładzi czule porcelanową figurkę marilyn monroe.

nowy śnieg za oknem wygląda tak pięknie.
nie widać ukrytych pod spodem pomarszczonych
resztek lata. nagie drzewa wzbudzają czułość.

szron jest jak gwóźdź w śniącym drewnie ciała,
a sen się zaczyna podstępnie i jawnie.
najpierw ścina wodę w kałużach, to jest pierwszy
skurcz. drugi skurcz to śmiech, który pali gardło jak rum.
trzeci skurcz poprzedza trzask oszklonego świata.
 
uśmiechnij się szeroko, bo przez srebrną lunetę
obserwują nas święci – wielcy bracia pustki,
zjadacze lotosu.
 
zima to szpieg, który udaje, że jest po naszej stronie.
gdy drzewa zrzucają liście, zaciera ślady bielą,
rozpuszcza w ustach płatki śniegu.
tak się kończą wszystkie barwne opowieści.
 
porcelanowa marilyn sędziego płacze porcelanowymi łzami.
zdejmuje porcelanową bieliznę.

nad lewą piersią kazałam wytatuować
sobie twoje imię. żeby cię zatrzymać – mówi.
sędzia się uśmiecha:     

droga marilyn. jesteś skazana na piękno,
a zima jest pięknem bezimiennym.
ponieważ dłoń przylega do rękawiczki
jak imię do ciała. ponieważ imiona nie leczą.
tatuaże nie chronią.





lasso

apostołowie mieli fajne imiona.
oprócz judasza, ale on się nie liczy,
jesteśmy przecież idealistami.
 
moja matka mówiła mi często,
że najładniejszym imieniem męskim
jest: piotr, a najlepiej brzmiące nazwiska to te,
kończące się na: ski i cki,
 
a co z nazywaniem nienazwanego?
czy imię jest dźwiękową manifestacją człowieka,
czy może człowiek materializacją imienia?
 
bardzo lubimy jasno określać.
krzyczeć: tu cię mam, łapać na lasso.
 
najbezpieczniej zachować niewinność.

wypowiedzieć zaklęcie. strzelić z plastikowego colta,
w piaskownicy zbudować wieżę, która dotknie
chmur. na koniec wymienić się łopatkami.
 
wchłaniać piasek, kochać piasek, zdradzać piasek.




marilyn monroe staje przed trybunałem

pytacie mnie o te i inne sprawy. naprawdę nie wiem,
co mam wam powiedzieć, zwłaszcza, że nie żyję
od dłuższego czasu. spytajcie swoich przewodników duchowych.
nie jestem przecież żadnym filozofem, chociaż widzę więcej,
niż wam się wydaje. byłam rybką pływającą w turkusowych akwariach,
drusillą panteją, waniliową słomką, przez którą mleko smakuje lepiej
(dociekliwi zawsze będą się zastanawiać, czy słomka ma tego
świadomość). mimo wszystko czytałam klasyków. byłam nawet
trochę oswojona ze śmiercią. jak było z tą śmiercią?
spójrzcie na falującą na wietrze sukienkę. czy to nie wystarczy?
jesteśmy, dopóki lakier na paznokciach schnie, szminka zostawia
ślad.




żółtko

„Pragnąć oznacza wymazać śmierć.
Przybić ją pieczęcią na białą skórę
i zapatrzyć się potem na jajeczka”
T. Salamun



to takie nudne - wciąż pisać o śmierci. mówić i myśleć.
passe. nawet, jeśli sędzia wydał na ciebie wyrok,
musisz iść w stronę światła. musisz i chcesz być
lekko oddychającym jagnięciem z białą, delikatną skórą.
musisz i chcesz być tym czarnym ptakiem, którego wabi się
po to, by zemścić się na jego braciach - symbolach.
musisz się wykluć z jajeczka, aby stwierdzić, że świat
to tylko trochę większe jajeczko, dokładnie jak ruska babuszka.
dalej tak samo, tylko – co z tego? liczy się spokój i równowaga,
liczy się szaleństwo. przeciwieństwa się przyciągają, ty jesteś
w środku – jak żółtko.




marilyn monroe śni kolejny niespokojny sen

szpiegu, mój strażniku, rozebrałeś mnie
ze wszystkich tajemnic. byłam błędem
w sztuce? niskiej próby złotem? jeśli tak,
służyć mogło tylko do zbytecznych terapii:
pocierania jęczmienia, magnetyzowania wody.
jeśli brylantem, to wrzuconym ukradkiem
do filiżanki espresso, połkniętym gładko,
bez mrugnięcia okiem. jeśli posrebrzaną
obrączką, koniecznie na palcu gwiazdy kina
niemego. jeśli kolią z papieru – wystarczy
jeden ruch, by mnie zdemaskować.

teraz sobie leżę, świecisz prosto w oczy.
(takie moje zadanie, taki już twój los, szpiegu).
ustawiasz lustra we wszystkich możliwych
kierunkach, bym mogła zobaczyć siebie z góry,
z boku jak zieloną żabkę na stole sekcyjnym.
zaraz przyjdą badać moje ludzkie odruchy,
ty wiesz już wszystko, nim skalpel dosięgnie skóry




PROZA:


NIEBIESKI HAFT



Po raz pierwszy zjawiła się u niego, kiedy siedział przy komputerze i przygotowywał tekst do „World Literature”. Usłyszał dźwięczny, kobiecy głos:

- Dzień dobry!

Odmruknął „dzień dobry”, nie patrząc na wchodzącą.

- Mam na imię Małgorzata.

Podniósł głowę znad klawiatury. Dziewczyna mogła mieć dwadzieścia, dwadzieścia parę lat. Klasyczny profil, jasne, długie włosy i oczy - duże, niebieskie, w ciemnej oprawie. Rzadkie połączenie. Próbował tę twarz przypasować do jakiejś sytuacji, uczelnianych korytarzy, wykładowej sali, ale nie udało mu się.

- Chodzi o zaliczenie, tak?

- Chodzi o coś więcej.

Usiadła przy biurku i wzięła do ręki jedną z leżących na nim książek.

- O, Bułhakow. Dlaczego?

- Właśnie piszę o nim esej. Jest pani moją studentką?

- Nie, ale chciałabym o coś prosić.

- O co?

- Być może pan zrozumie.

Wyciągnęła z torebki kopertę. Położyła na biurku i wyszła. Ostrożnie wziął do ręki kopertę, rozchylił płatki papieru i zajrzał. W środku leżała złożona na czworo jedwabna chusteczka – biała, haftowana misternie niebieską nicią. Haft układał się w zdanie: „Jak gorzko przyglądać się szczęściu przez cudze oczy”. „Cóż za egzaltowana osoba” – pomyślał. Schował chusteczkę do biurka i wrócił do pracy.

***

Pojawiła się znowu w czwartek, kiedy przygotowywał materiały na spotkanie Rady Wydziału.

- Widziałam, jak pan dziś wchodzi do auli. Strasznie się pan męczy. Wiem, że nie znosi pan tych oszklonych nowoczesnych sal, są jak akwarium.

Poczuł się nieswojo. Dziewczyna kontynuowała:

- To jest tak, jakby oddech tężał w płucach, zamieniał się w betonową magmę, prawda? Może już czas na zmiany?

- Jakie zmiany?

- Wyjść spod szkła. Chociaż, sama nie jestem pewna, czy to możliwe. Cały świat to akwarium. Pływamy w nim jak brzanki i gupiki. Od jednego boku do drugiego, z góry na dół. Nie sądzi pan?

- Nie wiem. Szczerze mówiąc, jestem teraz zajęty.

- Miałam kiedyś w domu akwarium. Rybki są piękne, choć nie można ich zrozumieć. Ale przecież nie chodzi o rybki. Chciałam zapytać, czy spodobała się panu chusteczka?

- Oryginalny prezent.

- Odgadł pan autora?

- Shakespeare.

- No tak. To nie było trudne. To może inna zagadka? Ciekawe czy pan będzie wiedział.

- Co mam wiedzieć?

- Kto jest autorem. Chwileczkę…

Zamyśliła się i wyrecytowała:

- „Egoizm jest szaleństwem. Szaleństwo egoizmem”

Wiktor skrzywił się:

- Lew Tołstoj. Uprzedzam, że znam każde jego słowo.

- A to? „Ci którzy kochają, sami sobie kształtują sny”?

- Czego pani ode mnie chce?

- Dobrze, na dzisiaj wystarczy. Reszta następnym razem. – powiedziała.


***

Wracał z uczelni do domu. Obserwował okna kamienic, najbardziej lubił tę tuż za cukiernią Bliklego. Portal z rzeźbioną głową. Nazwał ją głową Berlioza. Otwarte usta, jakby w zdziwieniu, jakby tuż przed chwilą Annuszka rozlała olej, jakby jeszcze było słychać pisk hamującego tramwaju. Głowa Berlioza patrzyła w górę, w stronę nieba, w stronę chmur. Zrobił to samo i oślepiło go nagle wynurzające się słońce. Żółta jasność przebiła stalowy granat nieba. Wracał do domu, do swoich książek, myśli, kolacji. Minął skrzyżowanie, rynek, główną ulicę z pomnikiem, skręcił w parkową alejkę i wtedy ją zobaczył. Siedziała na ławeczce.

- Czekałam na ciebie.

- Ach, czyli jesteśmy na ty?

- Wiem, to nie do końca eleganckie, ty powinieneś zaproponować, ale tak będzie łatwiej.

- Hmm… Masz tupet, przyznaję.

Przysiadł się do niej.

- To jakie zagadki przygotowałaś dla mnie na dzisiaj? – zapytał pobłażliwie.

- Poczekaj, niech się zastanowię. Już mam, posłuchaj: „Istnieje cel, ale nie ma drogi: to co nazywamy drogą, jest wahaniem”.

- Kafka.

- A to: „Już rozgrzeszają mnie oczyszczające wody nocy z mnogich kolorów i z mnogich kształtów. Już ptaki i gwiazdy w ogrodzie uwznioślają upragniony powrót starożytnych norm snu i cienia. Już dzień zapieczętował lustra, co powtarzają fikcję rzeczy”?

- Ha! Poznałem po ostatnim zdaniu. To musi być Borges! Któryś z wierszy?

- Tak. Pamiętasz który?

- Nie.

- Poszukaj, może znajdziesz. A tak w ogóle, czy ty masz coś oprócz książek?

- W jakim sensie?

- Czy potrafisz robić coś poza czytaniem?

- Poza czytaniem mam jeszcze uczelnię. Poza tym cały świat to literatura.

- A ludzie to książki?

- Ludzie to kurz, który je pokrywa.

***

Spotykał ją coraz częściej. Szli do parku, albo do jakiejś kawiarenki na rynku. Recytowała z pamięci, nawet bardzo długie fragmenty tekstu, a on zgadywał. Czasami nie mógł od razu zidentyfikować cytatu i wtedy prosił o spisanie go. Zabierał karteczki do domu i godzinami krążył wśród regałów swojej biblioteki, dopóki nie znalazł autora. Jednak nie zawsze osiągał cel. Niektóre zdania osiadały mu w głowie, niepokojąc i pozbawiając snu. Jak chociażby ten fragment:

„Znowu deszcz: świat jest jak ryba, którą trzymasz pod bieżącą wodą i ostrzem noża czyścisz ją z łusek. Jej bliźniacze oczy otwierają się, obserwując nie-życie, nie-śmierć. Tak zrzucamy z siebie to, co w nas dzikie, bez strachu jak woda na wietrze zrzuca z siebie gładkość i obraz pęka”.

***

Siedzieli na ławeczce obserwując nurt rzeki.

- Myślałem nad tym ostatnim fragmentem. Czyje to?

Nie chciała powiedzieć.

- Nie drocz się ze mną, powiedz. Coraz trudniejsze są te twoje zagadki.

- Może kiedyś znajdziesz ten fragment.

- Nie wiem, czy znajdę. Nie da się przeczytać wszystkiego, niestety. Chociaż bardzo bym chciał.

- A gdyby ci się udało, to co wtedy?

- Nie wiem.

- A ja wiem. Gdybyś przeczytał wszystkie książki świata, nic by się nie zmieniło. A teraz dam ci coś. To powinieneś rozpoznać.

Wyciągnęła z torebki karteczkę i podała mu ją, przez chwilę lekko przytrzymując swoją dłoń na jego dłoni.


***

„Naturalnej wielkości manekiny – plastikowe dzieci o zadartych noskach i płowych, zielonkawych, brązowo nakrapianych twarzach faunów lewitowały wokół mnie. Zdałem sobie sprawę, że jestem jedynym klientem w tej dość niesamowitej przestrzeni, po której poruszałem się niczym ryba w niebieskoszarym akwarium. Czułem, że dziwne myśli rodzą się w głowach zrelaksowanych dam, gdy towarzyszyły mi od stoiska do stoiska, od półki skalnej do kępy wodorostów, a paski i bransoletki, które wybierałem, zdawały się padać z syrenich rąk w przejrzystą wodę”

Wiktor długo siedział nad karteczką.


***

Spotkali się przy fontannie.

- I jak ci poszło z ostatnim fragmentem? – spytała Małgorzata

- Oczywiście Nabokov. Lolita.

- Świetnie.

- Ale długo się zastanawiałem. Zbyt długo… Dlaczego wybrałaś ten fragment?

- Sam się wybrał. Ty mi lepiej powiedz, czy kochałeś kiedyś?

- „ Miłość to rodzaj choroby, która ani rozumnych ani głupich nie oszczędza” – odpowiedział.

- Tak uważasz?

- Tylko cytuję Camusa.

- Kochałeś kiedyś kogoś bardziej od książek?

- Miłość to złudzenie. Jałowe zabiegi zapełnienia pustki. Dwie samotności ochraniają się, dotykają i pozdrawiają.

- Znowu cytujesz?

- Parafrazuję Rilkego.

- Ciągle podpierasz się cudzymi słowami. Nigdy nie kochałeś?

- Kocham literaturę.

- Nie, ty się nią tylko odurzasz.

- A czy miłość nie jest odurzeniem?

- Nie wiem. Ja też nie potrafię kochać, choć bardzo bym chciała.

- Tak jak Małgorzata swojego Mistrza?

- Oni przecież nie istnieją. Muszę już iść.

Wstała z ławki. Z daleka obserwował jak jej niebieska sukienka zamienia się w coraz mniejszą plamkę.

***

Przez tydzień jej nie widział. Ale podrzucała mu karteczki – znajdował je to u portiera na uczelni, to w domowej skrzynce na listy, jeden napisała na murze jego kamienicy. Niestety, żadnego nie mógł rozpoznać. Czuł, że powoli traci kontrolę. Słowa, które mu podsyłała ciągle wracały, nie dawały spokoju. Któregoś wieczoru, kiedy siedział i sączył koniak, nie mając nawet ochoty dotknąć żadnej książki, usłyszał pukanie do drzwi. Zanim otworzył, wiedział, że to ona. Zaprosił ją do salonu.

- Nie rozpoznałem żadnego z tekstów. Proszę, powiedz mi.

- Wiesz, że nigdy tego nie robię.

- Ciągle o nich myślę.

- O nich?

- O tych tekstach. To strasznie frustrujące. Muszę wiedzieć! Napijesz się koniaku?

Małgorzata milczała. Wydawało mu się, że jest smutna.

- To jakie masz dzisiaj dla mnie zagadki? – zapytał łagodnie.

- Nie mam żadnych.

- Żadnych cytatów do odgadnięcia, żadnych tajemniczych tekstów?

- Nic nie mam. Zresztą zaraz powinnam wracać.

- Dokąd?

- Do siebie.

- Gdzie jest to twoje „u siebie”?

- Nigdzie.

- Pamiętam, kiedy przyszłaś po raz pierwszy, chciałaś mnie o coś prosić.

- Zapomnij. Wtedy przyszłam do ciebie jak do człowieka, który może mi pomóc, ale niestety, pomyliłam się.

***

Od koniaku kręciło mu się w głowie. Podszedł do drzwi wejściowych. Wysokie ściany odbijały stukot jej pantofli, tworzyły arytmiczny pogłos, potem wszystko ucichło. Wtedy poczuł impuls – wskoczył w buty, założył płaszcz i wyszedł.

Na dworze było ciemno, ale w świetle latarni dojrzał zarys postaci - szła wolno w dół ulicy. Ruszył za nią. Skręciła w lewo, w ulicę Norwida, minęła kościół św. Jakuba, potem znów skręciła w lewo, w boczną krętą uliczkę. Cały czas szedł jej śladem. Serce mu biło, w głowie szumiał alkohol. Nagle zniknęła. Rozpłynęła się w mroku jak kamfora. Rozejrzał się. Gdzie mogła wejść? Do tej kamienicy z dębowymi, rzeźbionymi drzwiami? Przeszedł na drugą stronę ulicy, potem znowu wrócił. Uliczka biegła w dół. Przeszedł parę metrów, aż do obszernej bramy, prowadzącej w głąb podwórka. Przystanął i spojrzał pod nogi.

Na chodniku, tuż przy bramie leżała jedwabna chusteczka. Podniósł ją i przeczytał wyhaftowane niebieską nicią słowa: „To niemożliwe. To nie ma sensu”. Przez chwilę pomyślał, że mógłby to być cytat każdego człowieka na ziemi. Zaraz potem poczuł niepokój. Niewątpliwie Małgorzata dawała mu jakiś znak. Wszedł przez bramę na małe podwórko. Z czterech stron otaczały go ciemne, milczące okna. Jedynymi jasnymi punktami były oszklona wystawa z manekinem i neon „Edwin Korski – zakład krawiecki”. Jedna z literek migotała lekko.

Podszedł do wystawy. Manekin ubrany był w purpurową, wieczorową suknię. Wiktor spojrzał uważniej i zamarł. Manekin miał twarz Małgorzaty. Poczuł, ze kręci mu się w głowie.

***

Obudził się z bólem głowy i wrażeniem, że przyplątał mu się jakiś paskudny senny koszmar. Usiadł na łóżku, a sen powoli zaczął nabierać kształtów. Spojrzał na szafkę nocną, na której leżała chusteczka.


***

Od 8 do 15 prowadził wykłady i zajęcia, jednak nie mógł się na niczym skupić. O 15.10 wyszedł z uczelni. Przeszedł przez most, mały rynek, park, potem tak jak wczoraj skręcił w ulicę Norwida i minął kościół świętego Jakuba. W głowie kotłowały się myśli. Starał się je uspokoić. Ale nadal to właśnie one wyznaczały mu rytm kroków. „To nie ma sensu… niemożliwe… Edwin Korski… Małgorzata… Małgorzata”.


***
Nacisnął lekko drzwi i wszedł przez przedsionek do małej salki. W środku panował półmrok – niewielkie okno niechętnie wpuszczało światło. Przy małym, zniszczonym stoliku siedział mężczyzna. Trudno było określić jego wiek, równie dobrze mógł mieć czterdzieści parę, pięćdziesiąt, albo nawet sześćdziesiąt lat. Posiadał jedną z tych twarzy, z których niewiele można wyczytać. Mężczyzna pisał coś w zeszycie.

- Dzień dobry – powiedział Wiktor.

Mężczyzna podniósł głowę znad zeszytu.

- Witam, witam. Pan w sprawie smokingu, tak?

- Nie, to znaczy… Szukam kogoś.

Mężczyzna podszedł do niego i wyciągnął rękę:

- Edwin Korski. Miło, że pan wybrał właśnie mój zakład. Proszę za mną. – powiedział i otworzył boczne drzwi.

- Szukam pewnej kobiety. Dziewczyny.

- Tak, tak. Proszę, proszę za mną.

Przeszli do pomieszczenia, przedzielonego kotarą. Na półkach leżały bele materiału, w pudłach na podłodze – próbki tkanin, posegregowane kolorystycznie. Korski wyciągnął z kartonu kawałek zielonego aksamitu.

- Proszę do mnie podejść – powiedział – myślę, ze ten butelkowy odcień będzie dobry. I do tego guziki z macicy perłowej. Ekstrawagancko, ale z klasą. Będzie pan mógł….

- Niech pan posłucha - przerwał mu Wiktor - nie chcę niczego szyć. Szukam hmm… Małgorzaty. Widziałem wczoraj wieczorem, jak wchodziła do pańskiego zakładu. To znaczy, nie widziałem ale wiem… Nic z tego nie rozumiem. I ten manekin na wystawie…

Korski uśmiechnął się lekko.

- Ach, chodzi o Małgorzatę. Tak, bywa tu. Raczej bywa.

- Jak to raczej? Pracuje u pana?

- Nie.

- Czy to pańska córka?

- Córka? Być może. Niech pan podejdzie, zdejmę miarę. Co do Małgorzaty – wszystko we właściwym czasie. W zasadzie, mam coś dla pana.

Korski wyciągnął z kieszeni jedwabną chusteczkę. Wyhaftowane było na niej zdanie: „Tylko człowiek, który kochał, umiera jak człowiek”.

- Antoine de Saint-Exupery – wyszeptał Wiktor.

- Tak, ma pan racje. Czy zna pan wszystkie złote myśli świata? – Korski przyglądał mu się ironicznie.

- Gdzie ona jest?

- Skoro pan tutaj przyszedł, to znaczy, że pan już podjął decyzję, tak? Czy jest pan pewien?

- Nie rozumiem. O co panu chodzi?

- Jakby to powiedział pana ulubiony mistrz Bułhakow - „Mówimy, jak zawsze, różnymi językami. Ale rzeczy, o których mówimy, nie ulegną od tego zmianie, prawda?” Więc jak, kocha ją pan?

- Kocha? Nonsens. Szukam jej, bo… Kim pan dla niej jest?

- Małgorzata to moja klientka, szyję dla niej, od czasu do czasu. Czy pan boi się tych słów?

- Jakich słów? Pan ze mną gra, a ja nie rozumiem zasad tej gry. Nie wierzę, że jest pana klientką.

- Więc jest moją córką, tak. Równie dobrze mogłaby być pańską córką albo nawet żoną, różnica wieku nie jest przecież żadną przeszkodą. Ale pan? Pan przecież nigdy by nie pozwolił sobie na rezygnację z wygodnej samotności. Tylko literatura i literatura, martwy papier. Małgorzata pana nie interesuje, ona jest tylko nośnikiem słów, to pana kręci.

- Co pan może o mnie wiedzieć?

- To, co wiem mi wystarcza – Korski zamyślił się – A Małgorzata jest moja. Nikogo oprócz niej nie mam, zamówiłem nawet manekiny z jej twarzą. Moja jedyna, ukochana Małgorzata.

- Niech pan przestanie kpić!

- Ależ nie śmiałbym.

- Proszę mi powiedzieć prawdę!

- No dobrze, skoro pan nalega. Wyciągnąłem Małgorzatę z półświatka, jakieś cztery lata temu. Była prostytutką. Najlepszą w mieście. Zaczęła dość wcześnie, muszę przyznać, niezła była. Ale chciała z tym skończyć, pan rozumie. To zdolna dziewczyna, pisała wiersze. Zaproponowałem jej, żeby zamieszkała ze mną. Zgodziła się. No i wykupiłem ją od tego alfonsiny. Zresztą – może było zupełnie inaczej? Cały świat w końcu to tylko literatura, rzecz bardzo niepewna, nieprawdaż?

Wiktor poczuł, ze traci oddech. Otworzył szeroko usta i osunął się na ziemię. Korski przyglądał mu się błyszczącymi, zimnymi oczami.

- Ależ ja tylko żartowałem, po co ten dramatyzm? Zaraz podam panu wodę.

Wyciągnął z kredensu karafkę i szklankę. Wiktor usłyszał szmer nalewanego płynu.

- Proszę. To pomoże. Zaraz przejdzie. To tylko nerwy, zupełnie niepotrzebnie, zupełnie. Proszę się uspokoić, powiem panu prawdę.

Wiktor poczuł na ustach zimny brzeg szklanki. Wypił kilka łyków. Po chwili zauważył, że traci czucie w nogach, rękach, w całym ciele. Kontury pomieszczenia zaczęły się zamazywać. Usłyszał z oddali słowa Korskiego: „Ty – za nią, zgodzisz się? Jeśli się poświęcisz, ona będzie wolna, będzie mogła żyć, kochać… Ty musisz zostać… Potrzebujemy kogoś takiego jak ty… Spokojnie… już, już…”. Wtedy zrozumiał.

***

Aksamitny smoking z guzikami z masy perłowej prezentował się wspaniale za witryną zakładu krawieckiego. Edwin Korski z zadowoleniem dotykał materiału, upiętego na bladym, plastikowym ciele nowego manekina.

Postscriptum:

„ja już nie sprzątam.
nie palę i nie pożądam.
nie pojawiam się w świetle.
nic. po prostu nic.
ale czy już dotknąłem tej tęczy czy dopiero dotknę?
czy umarłem czy właśnie się otwieram na tysiące ciał?” (B. Majzel)

Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
6,314,675 Unikalnych wizyt