Dobranocka tenorowa
Dodane przez swewka dnia 17/01/2019
Roma Jegor

Dobranocka tenorowa

Takie to wszystko teraz porozrywane, poplątane. Smutek, czerń, biel. Śnieg dziś tak sypał jakby chciał rozbielić wszystkie czarności. Wyprostować ciemnie zakola, pozaokrąglać bielą wszystkie cztery czarne rogi. I nie bardzo wiadomo co zażywać na ten czas niedobry. Witaminy, suplementy, zioła, zupy warzywne, czy rozmowy intymne…

Więc, w tym czasie poplątanym, jechałam sobie wolno, ostrożnie po tej bieli, po tym lodzie i wietrze, i w radiu słuchałam rozmowy z jednym naszym tenorem. Sławnym w świecie. Bogatym. Cenionym. I cudownie wygadanym.

I ten tenor opowiadał o swoich osiągnięciach i koncertach i, poza wszystkim, też o tym, że … z lubością zawsze i wciąż zajada salceson. Że, chociaż jest teraz kimś sławnym i, umówmy się, niebiednym, i mógłby teraz te ośmiorniczki i inne takie, to woli salceson. Bo ten salceson go „uziemia”. Trzyma na powierzchni, kiedy chciałby się nadymać zbyt mocno i szybować zbyt wysoko. Że on, jako syn rzeźnika z Więcborka, nie ma wyjścia i musi się trzymać tego salcesonu jak domu i ziemi ojczystej, w swojej karierze i swoich śpiewaczych podróżach po świecie.

Bo, mówił, śpiewacy, to są bardzo samotni ludzie, którzy całe życie podróżują i, w obcych miejscach, zawsze i zawsze śpią ze swoim instrumentem. I są w niego ( czytaj: w siebie) wciąż egoistycznie zapatrzeni. I nie mogą go odstawić po występie jak jakieś skrzypce albo wiolonczelę. I odetchnąć, i pójść „ w długą”, albo jakaś inną … , bo może to ich „instrumentowi” zaszkodzić, a przecież to żywiciel jest. Jedyny. Niewymienny.

I dlatego on ten salceson, to coś swojego, swojskiego, musi mieć, żeby nie było tak kretyńsko samotnie albo górnolotnie, albo zbyt obco. No bo niby można co wieczór tę szynkę parmeńską, która jest podobno wszędzie w szerokim świecie, ale te wieczory byłyby wtedy strasznie… ( jak rozumiem) nieprzytulne.

Rany, jak mi się to spodobało. Ja tam nie jestem śpiewakiem operowym jak ANDRZEJ DOBBER, ani synem rzeźnika, i, w różne dni tygodnia, uziemia mnie, albo raczej dołuje, wiele rzeczy. I pewnie przydała by mi się, do odtwarzania, jakaś wspaniała aria, żeby unieść się nad tym wszystkim, nad każdym własnym smutkiem, smokiem i rodzimym smogiem. Ale, tak sobie myślę, że dobrze jest mieć w życiu też taki „salceson”, który nas trzyma na co dzień na smyczy, przy ziemi, jeśli tylko zaczynamy zapominać, kim jesteśmy i skąd się wzięliśmy. I kiedy zaczynamy nadymać się do wypęku. I gdy przyjaciół zamieniamy na „kasę, Misiu, kasę”.

Dziękuję Panu, Panie Dobber, za tę myśl, za tę smycz, którą staram się mocno, wokół dłoni owijać i jej się trzymać, nawet kiedy jest oślepiająco biało. Albo bardzo czarno.
Dobranoc.