Hanna Dikta
Dodane przez swewa dnia 23/01/2011
Hanna Dikta – rocznik 1977. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Śląskim oraz studium podyplomowe z historii na Uniwersytecie Opolskim. Laureatka kilkudziesięciu ogólnopolskich konkursów poetyckich. Publikowała m.in. w "Pograniczach", "Arkadii", "Arteriach", "Migotaniach", "Toposie" i "Odrze". Debiutowała książką poetycką pt. "Stop-klatka" ("Zeszyty Poetyckie", Gniezno 2012). Mieszka wraz z mężem i córkami w Piekarach Śląskich, gdzie pracuje jako nauczycielka języka polskiego i historii. Strona autorska: www.hannadikta.pl .




TWÓRCZOŚĆ:




Zbawicielka


Przychodzą do mnie w szlafroku chorej matki,

otuleni zieloną poświatą szpitalnego korytarza.


Gotuję im pomidorową na maśle, przemywam podbrzusza,

zdrapuję z głów nadpaloną kobaltem skórę.

Heroicznie bronię przed psem obszczekującym

blade palce w plastikowych klapkach.


Wbrew gównianym prognozom wyrzucam susz,

wieszam dzwonki, kupuję nowe dywany i meble.


Zakończenie jednak jest wciąż takie samo –

obcy ludzie wkładają ciało do prześcieradła,

zaplatają palce




Nornice


One już takie są. Nawet jeśli wypełnisz ciepłymi gałgankami

wszystkie szczeliny, zdejmiesz językiem sól z mokrych miejsc,

złapiesz jednocześnie za głowę, ramiona i palce

i zakołyszesz nimi, jakbyś tańczył ostatni raz w życiu.


Będą mówić o samotności, o niedokończeniu, ostrych kantach,

o byciu obok, za drzwiami, za furtką, za tablicą miasta,

będą uciekać w siebie, schodzić coraz głębiej, grzęznąć w mokrym mchu.

Jakby na dnie studni można było znaleźć coś więcej niż echo




Podwójna


Bywam obiema, zwęgloną Dorą i przechrztą Rachelką,

którą uszczęśliwiło czterdzieści

polskojęzycznych kanałów o przyrodzie.


Tamta pierwsza co noc traci dziecko w płomieniach,

gwałcona przeżywa świętokradczą rozkosz

i nie może powstrzymać mrowienia nóg, gdy myśli o matce.


Druga znieczula się kojącym światłem supermarketów,

kiepską literaturą i zapachem piżma.

W kremach anti wrinkle szuka sposobu na nieśmiertelność.


Kiedyś ocalone z pożogi córki zmienią jej ostatniego

pampersa. I nawet nie zdąży się zdziwić,

że na ekranie tak szybko pojawiły się napisy




List do Paula Gauguina


Przyszedłeś do mnie w sylwestrowy wieczór, kiedy zamiast pić i tańczyć,

czytałam książkę na tapczanie córki, niepodobna ani do mieszczańskiej
żony,

ani czternastoletnich Tahitanek, o ciałach lubieżnie układanych na
warstwie werniksu.

Ot, skrupulatna pracownica giełdy, której Mette nie pozwala na pisanie
książek.


Na moim trakcie do raju nie będzie się chodziło na bosaka, nie zarażę się
kiłą,

nie opuszczę męża i, patrząc na rzekę, nie pomyślę, żeby wrzucić do niej
trzyletniego synka.

Umrę w dwuosobowym pokoju z łazienką, z morfiną metodycznie
rozpuszczaną w żyłach

i łacińską formułką szpitalnego kapelana. Kiedy minie sto lat, nie odwiedzę
nikogo

pięć minut przed północą, bo mnie wtedy, Paul, po prostu nie będzie




Siostra Marta od aniołów


Kiedy zostaje sama, wyjmuje je z kosza.

Zawija w haftowaną chusteczkę lub kocyk.

To zależy, czy mieszczą się w dłoni.


Korytarz jest zbyt krótki,

by opowiedzieć im wszystkie baśnie,

więc wybiera same z dobrym zakończeniem.

Każdy malec powinien znać Andersena.


Nie, kobietom, którym poprawia poduszki,

nigdy nie mówi, że biały dym za oknem

to skrzydła ich dzieci




z cudzych miseczek


minął czas stawania na palcach. zaglądania przez szybę.

dorosła naciskasz klamkę, przymierzasz głowę do smug na poduszce.
zdmuchujesz kurz z filiżanek. w szlafrokach pań domu czytasz książki
od strony z zakładką, zaskoczona, jak banalne lubią historie.

i przez chwilę jest tak, jakby ktoś znów zapalił światło w tamtym oknie.

dowiadują się przypadkiem. z nadgryzionej bagietki, spinki w umywalce.
cerowanych rajstopek, rozwieszonych zwycięsko między krzesełkami.




na dobre


eksterminowałam patykowate
dziewczynki na wrotkach. kobiety bez spódnic.
niedoszłych kochanków samobójców
i ulatujące we śnie noworodki.

wydrążyłam wszystkie sęki. odcięłam gałęzie.

świeżą ranę zamieszkały
szesnastolatki z sąsiedztwa.
przymierzają słomkowe kapelusze
i czytają powieści bez końca,

żeby nie zwariować.




koncertowe memento mori


obsiedli mnie jak ptaki. stado wyliniałych kruków
w nieświeżych marynarkach i mokasynach sprzed półwiecza.
dziarską miną maskowali zalążki parkinsona
albo zdiagnozowanego miesiąc wcześniej raka,
o którym wciąż nie potrafią powiedzieć rodzinie.
zapach butwiejących pod lodem trawników.

pomyślałam, że staruszkowie powinni chodzić
najwyżej parami. drobić chleb na starówce
albo machać zza szyby domku na wsi,
do którego zjeżdżamy tylko wtedy,
kiedy świeci słońce.




dziesięć centymetrów nad ziemią


Niechaj podbiegą młodzieńce,
Niech mię pochwycą za ręce,
Niechaj przyciągną do ziemi,
Niech poigram chwilkę z niemi.
A. Mickiewicz „Dziady cz. II”


wszyscy są tacy sami. próbują przytwierdzić ją do chodnika,
ciągną za włosy, palce. zlizują z łydek miesięczną krew
albo godzinami przyglądają się pękniętym paznokciom.

mówią, że życie to sperma i mocz
i że przeczytała zbyt dużo niedobrych powieści.

mimo to grają dla niej Chopina i bluesa. podają bagaże.
potem tygodniami koczują na oszronionych torowiskach.
przeszukują dworcowe popielniczki.

wierzą, że którejś wiosny wyrzuci wreszcie siatkę
na motyle, otruje różowego baranka.




pokaż mi swój rewers, Kochanie


najpiękniej jest, kiedy zrzucamy błyszczące peleryny,
depczemy korony. Czerwone Kapturki obnażają wilcze zęby,
Niobe wydepilowane krocze, a mężczyzna, który przez kilka wieczorów
rozśmieszał mnie do łez, nie pozwala odciąć się ze sznura.

najpiękniej jest, kiedy dotykasz mnie jak hostii. całujesz brzeg sukienki.
opowiadasz o budowanych latami ołtarzach, zdjęciach zaklętych
w ikony. przed zmrokiem posłusznie cofasz się do kruchty,
a ja zdejmuję pancerz. rozganiam kadzidła.




mam na imię Lisa i mieszkam w Bullerbyn


na naszych podwórkach nadal bujają się huśtawki,
skrzypią furtki. dróżnik opuszcza szlaban,
wygania spod schodów bezdomne kocięta.
a wariatka z domu przy kaplicy
kołysze się uparcie w rytm śpiących pociągów.

na oblodzonym moście siedzą aniołowie.
jeszcze nie mają twarzy, jeszcze mnie nie bolą.
rozpuszczam pod językiem ślazowe cukierki.
gram w klasy na torach.




samokarmienie


kiedy nikt nie patrzy, wkładają ręce
pod spódnice, pieszczą zimne kolana.

za tatusia, właściciela skórzanej walizki,
która pewnej niedzieli zniknęła z pawlacza.
za mamusię w plastikowej peruce
i czwartego tej zimy smutnego kochanka.

kiedy nikt nie patrzy, pikują czarne niebo.
z przypalonymi skrzydłami wpadają w ocean.
i nie zostaje po nich nawet
rdzawa kropka na blejtramie.




mężczyzna z lustra


szukała od lat. w pustych bramach, bibliotekach
i kościołach. gotowała dla nich ogórkową,
ubierała pończochy. rodziła dzieci i wiersze.

nie protestowała, kiedy wjeżdżali w nią
samochodzikami na baterie. nie dziwiła się,
gdy w byle mżawce rozmakali jak kartka papieru,
upychali pod smokingami proce i krótkie spodenki.

odkąd zobaczyła go w hotelowej łazience,
przychodzi codziennie. maluje rzęsy i opowiada,
jak ojciec wiązał mu na warkoczach różowe kokardy.
ma jej dłonie, jej piersi i nawet podobnie marszczy nos,
kiedy się uśmiecha. twardy facet. dokładnie taki,
jakiego zawsze chciała przy sobie mieć



kiedyś po ciebie wrócę


w czasie ostatniej podróży byłyśmy nierozłączne.
nawet kiedy paliłam papierosa, siedziała obok,
zagryzała jabłka czekoladą i beztrosko bawiła się
śniegiem na podeszwie.

pierwszy raz zgubiłam ją na dworcu,
gdy przy kiosku ruch-u czekałam na taksówkę.
potem cyklicznie znikała i wracała, a ja coraz częściej
zamiast chudego rudzielca, odbijałam w lustrze
piękną poetkę o zmysłowych ustach.
wszak kłamstwo powtórzone sto razy.

odeszła o świcie. długo patrzyłam
na jej przestrzelone plecy w wełnianym płaszczyku.
niebieską rękawiczkę, rzuconą mi przez ramię
na szczęście



przemiana


najpierw przeczytałam pamiętnik,
wyjęłam z szafy sukienki.
wieczorami palę jointy, słucham Morrisona
i pozwalam obmacywać się dwudziestolatkom.

wyglądam już niemal jak ty na zdjęciu z dowodu.

to nie tak, córeczko, że znalazłam sposób.
kiedy przytulam się do mokrej balustrady,
nadal wołają mnie chodniki i drzewa.
rozkołysane neonami ręce.